wtorek, 22 lutego 2011

Moby-Dick

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się pogodnie, ale też nie zapowiadał tego, co wydarzyło się w okolicach tutejszego południa. Całkiem nieopodal, bo na Nowej Zelandii, do której się przecież wybieram już za 5 dni, miało miejsce trzęsienie ziemi. Skala jego to 6,3 stopnia Richtera, a pochłonęło ono na obecną chwilę ponad 60 potwierdzonych istnień ludzkich. Jest to kolejny kataklizm, który w ostatnich miesiącach nawiedza niestety ten rejon świata. W obliczu tej tragedii na bieżąco śledzę więc sytuację i czekam, co będzie dalej. Póki co, niepokojące jest również to, że na dziś wstrzymano wszystkie loty do Nowej Zelandii, rezerwując przestrzeń lotniczą dla specjalistycznych maszyn i potrzeb ratowniczych.

Pierwotnym wydarzeniem dnia miało być natomiast wyjątkowe i bardzo spektakularne zawinięcie do Sydney jednocześnie dwóch wielkich statków: pierwszego rejsowego „Queen Elizabeth” i drugiego liniowego „Queen Mary 2”. De facto w kategorii statków pasażerskich ten drugi jako liniowiec (statek wykonujący regularne rejsy, w tym wypadku głównie na trasie transatlantyckiej) jest największą tego typu jednostką na świecie przy ponad 3 000 zabieranych pasażerów. „Queen Elizabeth, mimo że nowsza – bo nie obchodziła jeszcze rocznicy swojego dziewiczego rejsu, jest pod tym względem nico mniejsza z maksymalną ilością nieco ponad 2 500 miejsc pasażerskich. Obydwa statki jednak, dla porządku rzeczy i pełnego obrazu w kategorii generalnej statków pasażerskich nie umywają się do aktualnego rekordzisty – kolosa pływającego po Karaibach: „Oasis of the Seas”, który potrafi jednorazowo zabrać nawet 6 000 samych pasażerów!!!

Jeden zacumował w głównym międzynarodowym porcie w pobliżu samego Harbour Bridge, drugi z oczywistych względów braku miejsca, wpłynął do wcześniejszej zatoki na teren przystani wojskowej marynarki wojennej Australii. W dosyć niekorzystnych warunków kompletnie zachmurzonego nieba i siąpiącej mżawki można było jednak bez problemu dostrzec ogrom konstrukcji i potęgę maszyn, szczególnie kiedy koniecznym było udanie się na przeciwległy brzeg zatoki skąd ledwo można było objąć cały statek kadrem aparatu.



Miała być zapowiadana krótka przerwa – więc oto była… Tymczasem jutro, zgodnie z harmonogramem, część druga wielkiej opowieści głównie o niewiarygodnie odizolowanym i dzikim interiorze kontynentu. Pojutrze wszystko na to wskazuje, w końcu będzie okazja wybrać się na, wspomnianą na samym początku, kultową dla Sydney plażę – Bondi. Do jutra!

poniedziałek, 21 lutego 2011

One Thousand and One Nights (Part I)

Dzien 1 (29.01.2011)

Sydney do Thredbo

W sobotę nastał długo wyczekiwany dzień. Umówiliśmy się z Ulą, że po 10 am, kiedy tylko otwierają wypożyczalnię, podwiezie mnie po samochód. Wszystko poszło całkiem sprawnie do momentu demonstracji auta. Nie chodzi mi o to, że czegoś brakowało – bo wszystko było na miejscu: idealnie wpasowana w konstrukcję samochodu lodóweczka, kucheneczka, zlewozmywak i rozkladane podwójne łóżko. Naprawdę tak jak mówiono była klimatyzacja (ale bez automatycznej stabilizacji temperatury) i odtwarzacz DVD z małym wyświetlaczem plus, co okazało się bardzo przydatne, wentylatorek w tylnej części (mieszkalnej) pojazdu, jak i ogromny otwierany szyberdach. Rzeczy, której mi „brakowało” to np. wajcha zmiany biegów… no tak wiedziałem, że ma być automatyczna, ale i tak chciałem czymś przestawić z pozycji parkuj na jedź na przykład. Jakież było moje uradowanie i zakłopotanie jednocześnie, kiedy Pani obsługująca wyjaśniła mi, że jedna z manetek za kierownicą właśnie do tego służy ;) No nic, potem poszło już łatwo i tylko pierwszy raz przy wyjeździe z wypożyczalni dokładnie wiedziałem, że chcę wyjechać w lewą stronę (tu to łatwiejsza opcja) ale w afekcie spojrzałem się kontrolnie również w tą samą (czyli tu bez sensu) i musiałem się potem dosyć streszczać, kiedy de facto, lekko wymusiłem pierwszeństwo na nadjeżdżającym z prawej Mercedesie. Potem to już się nie zdarzało, bo do samej jazdy po lewej momentalnie można się przestawić moim zdaniem. Kilka dni zajmuje tylko wbicie sobie do głowy, że odruchowo włączany „kierunkowskaz”, uruchamia mi tutaj wycieraczki :D …a kilka godzin, że jednak jadę samochodem „gigantem” i to z napędem na tylną oś, w porównaniu do dotychczas testowanych. Tak więc suma summarum cieszyłem się, że pierwsze dwadzieścia kilometrów z centralnej części Sydney do Liverpool jechałem jednak w profesjonalnej kolumnie, za samochodem prowadzonym przez stróża prawa.

W domu planowany był jeszcze ostatni posiłek – obiad przygotowany przez Anię, załadunek jedzenia, picia i całego bagażu do samochodu, czułe pożegnanie na trzy tygodnie rozstania i pora wsiadać do samochodu. Jasne, że od strony pasażera, gdzie ku mojemu kolejnemu zdziwieniu nie znalazłem kierownicy. Pierwszy odcinek jako, że był pierwszy i rozpoczynał się po godzinie trzynastej, nie był jak na tutejsze warunki najdłuższy – trochę ponad 460km. Miejscem odcelowym było miasteczko Thredbo, w parku narodowym Kościuszko.

Miejscowość ta jest typową zimową wioską narciarską (tak, tak, też się zdziwiłem bo w tych górach o dziwo można uprawiać ten sport w nasze lato). Jest to też jedno z dwóch miejsc, z których prowadzi szlak na najwyższą górę w Australii, nazwaną od nazwiska naszego rodaka jakby nie było – idealne miejsce na start wycieczki.

Na miejsce campingu, nieopodal miasteczka, dojechałem lekko po godzinie szóstej po południu. Okolica była bardzo ładna, a zbocza gór pokrywał las drzew kompletnie pozbawionych kory i liści. Pozostałość bo zjawisku nazywanym lokalnie „bush fire”, które pozostawia po sobie ogromne połacie wypalonego lasu. Okresowo nasiona zasypane w ziemi (uzyskują tym samym dostęp do światła), odradzając las na nowo. Gdyby jednak kolejny pożar zdarzył się w przeciągu około 20 lat, nowe drzewa nie zdążą wydać kolejnych nasion i teren trwale pustoszeje.

Drugą wspaniałą obserwacją był widok nieba, które nigdy jeszcze nie było tak czarne i nie pokazywało tylu gwiazd tak wyraźnie, w tym części gwiazdozbiorów niewidocznych z półkuli północnej oraz idealnie zarysowanego, świetlistego szlaku Drogi Mlecznej – cudo!

Trzecią rzeczą, której kompletnie się nie spodziewałem był ogromny w górach spadek temperatury nocą. Już kilka godzin po pójściu spać, obudziło mnie przeraźliwe zimno. Cóż, nauczka na przyszłość, że nawet tutaj przydaje się czasem pidżama z długim rękawkiem i/lub kalesony :) – na szczęście samochód wyposażony był również w kołderkę, która bardzo się już pierwszego dnia (nocy) przydała. Choć w tym wypadku, akurat w opcji samochodowej jest sposób alternatywny – odpalenia auta i włączenia klimy przecież…



Dzien 2 (30.01.2011)

Charlotte Pass

Po przestudiowaniu dokładnym przewodnika na dobranoc dnia poprzedniego, dziś skoro świt zapadła decyzja – zobaczę jeszcze więcej niż tylko szczyt i zamiast wspinać się od strony Thredbo (gdzie część początkowa szlaku jest organizowana wyciągiem), podjadę od drugiej strony góry do Charlotte Pass, skąd prowadzi drugi szlak na szczyt. Ddatkowo można go rozszerzyć o trasę szczytami głównego masywu i wizytę nad „Blue Lake” kończąc pętlę w punkcie wyjścia. Całość trasy wraz z podejściem pod szczyt i jezioro – znacznie ponad 20 km.

Trasa sama w sobie poza długością nie należy do zbyt skomplikowanych. W jednej trzeciej prowadzi de facto starą szutrową drogą aktualnie zamkniętą, zamienioną na drogę techniczną, która podprowadza Cię pod sam szczyt. Nieopodal rozpoczyna się już bardziej autentyczny górski szlak wiodący głównym masywem do Jeziora Błękitnego (coś jak nasze Morskie Oko tylko mniejsze).

Wycieczka udała się w idealnych warunkach przy wciąż krystalicznie ciepłym niebie, bardzo komfortowej jak na górskie warunki temperaturze i dosyć mocnym, ale naprawdę bardzo orzeźwiającym wietrze. Po godzinie osiemnastej, kiedy kończyła się kupiona dzień wcześniej dobowa przepustka na teren parku narodowego, byłem już poza jego granicami, ulokowany na kolejnym campingu nieopodal malowniczo położonego nad rozległym jeziorem i jednocześnie u podnóża gór, miasteczka Jindabyne.



Dzień 3 (31.01.2011)

Jindabyne do Toora

Jako już doświadczony po pierwszych dniach lewostronny (by nie powiedzieć lewy) kierowca, zaproponowałem sobie znacznie dłuższą trasę prowadzącą do mieściny Toora tj. w pobliże tym razem najbardziej na południe wysuniętego punku Australii. Droga ta miała już całe „imponujące” 570 km i wiodła przez nadoceaniczne tereny południowego stanu Victoria.

Porę lunchową zaplanowałem sobie w miejscowości Lake Entrance, która faktycznie położona jest pomiędzy południowymi, mierzejowymi jeziorami, a główny szlak spacerowy prowadzi prosto, jakby wyjściem, na rozległą, ciągnącą się od wschodniej do zachodniej strony horyzontu, szeroką i piaszczystą plażę. Super miejsce na obiadowy piknik!



Do miejsca docelowego dojechałem kierując się wzdłuż drogi A1, która w różnych wersjach będzie mnie prowadzić jeszcze przez kilka najbliższych dni, a miejsce campingowe wybrałem tym razem specjalnie z możliwością skorzystania z Internetu WiFi oraz z basenem dla odrobiny relaksu. To pierwsze dało radę i mogłem zamieścić m. in. pierwsze od startu, uspokajające świat wpisy na portalach społecznościowych. Drugie niestety, ze względów higienicznych, nie dało rady - bo woda w basenie była jakaś taka lekko mówiąc mętna ;)

Dzień 4 (01.02.2011)

Tidal River

Z samego rana przejechałem z miejsca noclegu do tytułowej miejscowości położonej zupełnie nieopodal, w centralnej części Wilsons Promontory National Park. Park ten, to wysunięty głęboko w ocean półwysep z najbardziej na południe zlokalizowaną kontynentalną częścią Australii. Jak się też okazało, jest to też teren praktycznie kompletnie dziewiczy. Dystans na jeden dzień nie mógł być dłuższy niestety niż dwadzieścia parę kilometrów (a i to akurat w tymi miejscu, o czym za chwilę, to gruba przesada).

Nie było szans dostania się na najbardziej południowy skrawek lądu w jeden dzień, bo trasa tam, sama w sobie w jedną stronę ma długość właśnie około 20 km i to bynajmniej nie po szlaku tak łatwym i prostym jak ten na górę Kościuszki. Tutaj wszystkie drogi to wąskie ścieżki, gdzie faktycznie trzeba się przedzierać metodą siłową przez zarośla i bardzo sypki, grząski piasek. Nie sprzyja to zdecydowanie pokonywaniu dużych odległości. Dodatkowo tego dnia niebo było praktycznie bezchmurne przy temperaturze grubo przekraczającej 30 stopni już o godzinie dziesiątej rano.

W takich warunkach postanowiłem zrobić małą pętlę, która zaczynała się w Tidal River, prowadziła plażami i skałkami przez nadoceaniczne zatoki Norman i Oberon, dalej w głąb lądu do przecięcia ze szlakiem prowadzącym na Telegraf. Następnie z powrotem w stronę północną, centralną częścią półwyspu, prosto na inny parking oddalony od miejsca startu o jakieś 4 km. Stąd miałem cichą nadzieję znaleźć jakieś źródło transportu do miejsca początkowego.

Zaczęło się przepięknie bo plaże tamtejsze są wyjątkowo urokliwe i pozbawione plażowiczów!! Co chwila widzi się wspaniałe krajobrazy. Po dwóch godzinkach spacerku nastąpiło coś, co jednak nie było wcale takie przyjemne… Kompletnie znienacka stałem się celem ataku jakiejś nadpobudliwej osy, czy pszczoły i tylko traf chciał, że kiedy już dostałem strzał centralnie w policzek, udało mi się jeszcze wyciągnąć żądło napastnika. Skończyło się bez opuchlizny, a tylko na lekkim niedowładzie części twarzy do końca tego dnia.

To jednak nie był ostatni problem bo już koło południa z nieba lał się niemiłosierny ponad czterdziestostopniowy żar, a trasa zaczynała oddalać się od wody i robiła się wyjątkowo szeroka, kompletnie bez skrawka cienia – niczym jak na patelni. Już pięć kilometrów przed jej końcem skończyły się wszelkie zapasy z prawie 2l napoi, a niestety jedyna cywilizacja czekała na linii mety :) Ostatni kilometr marszu już tylko zastanawiałem się, czy z kolejną górką jest już ten parking czy jeszcze nie…

Ostatecznie po ponad czterech godzinach „spacerku” dotarłem na to miejsce. Jedyny odjeżdżający w samą porę van, akurat też był wypożyczony przez backpacker’a, który bardzo chętnie zabrał mnie do Tidal River. Sam skądinąd chciał przejść się stamtąd podobnym szlakiem, więc nawet zadowolony posłuchał w ciągu tej dziesięciominutowej jazdy resztek słów jakie byłem w stanie wydusić tego dnia.

Gdy tylko dotarłem do mojego pojazdu jednym haustem wypiłem kolejną dwu litrową butelkę soku i dokupiłem kilka lodów. Potem jeszcze zimny prysznic na dokładkę – ukrop był maksymalny.

Późnym popołudniem przyszła pora na opuszczenie tego miejsca – bo nocleg w tym parku narodowym był dodatkowo płatny. Ja liczyłem, że po drodze do Melbourne znajdę coś przystępniejszego, plus miałem nadzieję przed zmierzchem zobaczyć jakieś ładne widoki z dalszej trasy.

Było warto bo niespełna 10 km dalej jeszcze na terenie parku, tuż nieopodal drogi pasło się stado KANGURÓW!! Momentalnie dałem więc po hamulcach, co zupełnie nie zrobiło na nich wrażenia. W gruncie rzeczy, dało się podejść bardzo blisko bez kompletnej reakcji z ich strony. Co więcej, kiedy ja robiłem kolejne zdjęcia następny nadjeżdżający samochód zrobił dokładnie to samo, a z niego wyskoczyła cała grupa fotoreporterów. Trzeba powiedzieć, że nie spodziewałem się wytropić kangura tak szybko, szczególnie kompletnym przypadkiem!



Przed zmrokiem, przy coraz większym wietrze, który czasem chciał kompletnie zepchnąć samochód z drogi, udało mi się dojechać do miejscowości Korumburra. Pewnie z jakieś 200km przed Melbourne.

Dzień 5 (2.02.2011)

Korumburra (przez Melbourne) do Apollo Bay

To aby pojechać do Melbourne, było w planie od samego początku. Już wcześniej spotkałem kilka osób, które zarzekały się, że jest tam o wiele lepiej i ładniej niż w Sydney, jak i takie które kategorycznie opowiadały się jednak za wyższością tego drugiego miasta. Nie pozostawało nic innego jak przekonać się samemu.

Oczywiście było to już w zasięgu ręki, a właściwie samochodu. Niemniej wiązało się to też z koniecznością opracowania trasy tak, aby dojechać do samiutkiego centrum, drugiego co do wielkości miasta w Australii, bezbłędnie omijając przy tym wszystkie płatne w tym mieście odcinki i zrobić to wszystko w szczytowym porannym ruchu, „ciężarówką”, trzymając się wciąż złej strony drogi.

Z pomocą przyszła nawigacja, którą to na szczęście zapobiegawczo nabyłem na mojego iPhone’a już prawie rok temu na promocji okolicznościowej w AppStore ;) Spisała się idealnie! Normalnie to samo powiedziałbym o kierowcy – ale nie mi to oceniać… Już po dziewiątej z rana miałem szansę sprawdzić jak  naprawdę wygląda to miasto.

Pierwsze wrażenie to takie, że jest to miasto inne, na pewno trochę bardziej przypominające te europejskie, jednocześnie zdecydowanie bardziej „przestrzennie” w centrum. Jednak zatoka, nad którą leży Melbourne, nie wyróżnia się niczym szczególnym w porównaniu z Sydney Harbour i jest do tego po prostu brudna. Plaże są raczej nieciekawe i wąskie, dodatkowo wydają się być jakby na siłę wciśnięte pomiędzy wodę, a linię zabudowy miasta. Co jest pozytywne to z kolei wiele ciekawych architektonicznie budynków i znacznie lepsze warunki komunikacyjne dzięki szerokim i dobrze rozplanowanym ulicom.

Są tu nawet tramwaje, które implikują jeden z najdziwniejszych przepisów drogowych jakie widziałem. Oczywiście nieopatrznie nawet go złamałem – ale słowo honoru, trudno było mi nawet wyobrazić sobie tak absurdalną metodę jazdy. Chodzi o powszechnie znaną sytuację, kiedy tak jak np. w Warszawie są sobie drogi, po których razem z samochodami jeżdżą też tramwaje. Czasem zdarza się, że na skrzyżowaniu trzeba skręcić tak że przecina się szyny. Każdy normalny kierowca oczywiście ustawiłby się na pasie możliwie najbliższym tramwajowemu, poczekał na zielone, przepuścił z oczywistych względów tramwaj, najpewniej przepuściłby też samochody jadące z naprzeciwka i kulturalnie skręcił opuszczając skrzyżowanie. BŁĄD! Tutaj wykonując odpowiednio manewr skrętu w prawo na takim skrzyżowaniu, ustawić się należy nie gdzie indziej, ale na pasie najbardziej po lewej stronie (tym najodleglejszym od tramwaju), włączyć prawy kierunkowskaz, i broń Cię wjeżdżać na zielonym… Czeka się grzecznie, aż ten kolor zgaśnie, po czym wykonuje się co sił i mocy w silniku skręt w prawo – po torze czegoś na kształt haka rzeźniczego (stąd może nazwa „Hook Turn”) – kiedy już bardzo łatwo można się spotkać z samochodami startującymi w poprzek skrzyżowania. Prawdziwa masakra…

Słyszałem w sumie o tym przepisie wcześniej, ale miałem wielką nadzieję uniknąć takich scenariuszy. Nie udało się to i niestety nie udało mi się też wykazać znajomością lokalnego prawa. Kiedy zorientowałem się, że jestem w centrum modelowej sytuacji, było już zdecydowanie za późno na wszelkie korekty. Cóż… trzeba było jechać po naszemu. Spotkało się to wielką dezaprobatą ze strony kilku kierowców wyrażoną piskami klaksonów. Motorniczy prawdopodobnie doznał szoku widząc co się dzieje, ale policji nie było nigdzie w pobliżu, a i z powodzeniem oraz kompletnie bezpiecznie, muszę stwierdzić, można jechać tu „normalnie” (tylko niestety znaki na to nie pozwalają)


Po południu natomiast dojechałem do początku drogi, którą z całą odpowiedzialnością mogę nazwać najbardziej malowniczą trasą jaką jechałem w życiu. Prześlicznie położona Great Ocean Road zaczyna się tuż za miastem Torquay (na południowy zachód od Melbourne) i ciągnie się przez ponad 240km w kończąc w pobliżu Warrnambool bliżej Adelajdy. Co jednak jest po drodze, to już dzień następny…



Dzień 6 (3.02.2011)

Apollo Bay (przez Portland) do Robe

Przejechawszy wczoraj kilkadziesiąt początkowych kilometrów Great Ocean Road (B100) dojechałem na nocleg do miejscowości Apollo Bay. Stąd rozpocząłem najciekawszy odcinek tej trasy. Tutaj akurat jestem przekonany, że nic nie odda wspaniałości tego miejsca tak, jak fotogaleria. Zresztą, zdecydowanie więcej było podczas tego odcinka postojów (czasem co kilkaset zaledwie metrów) niż samej jazdy.

Po drodze są miejsca słynne i znane z każdych katalogów o Australii jak klify: Twelve Apostles, czy Loch Ard Gorge lub London Arch (przed zawaleniem części zwany, London Bridge) Są także setki punktów widokowych odkrywających jeszcze piękniejsze zakątki i zakamarki przybrzeżne tej trasy.

Po przejechaniu umownej granicy, znika tylko jej nazwa – bo na pewno nie zmienia się ilość atrakcji. Tuż koło Portland znajduje się np. miasteczko Cape Bridgewater, w okolicach którego są tak wspaniałe formacje skalne jak Petrified Forest, wydmy piaskowe, a wszystko to na tle jednej z większych elektrowni wiatrowych – wszystko tuż nad oceaniczną przepaścią.

Koniec więc lania wody, zapraszam do oglądania…



Dzień 7 (4.02.2011)

Robe (przez Adelaide) do Port Augusta

Robe jest ostatnim miastem na drodze do Adelajdy, w którym nocowałem. Jest to typowo portowe miasteczko, od którego zaczyna się znacznie inna linia brzegowa. Wody te w odróżnieniu od południowo – wschodniej i wschodniej części Australii nie są już poddane wpływowi ciepłego prądu morskiego. Tym samym, teren te jakkolwiek gorące, pozbawione są znacznej ilości opadów. Stają się przez to suche i bardzo jałowe. Od Robe w stronę północno – zachodnią ciągnie się długa na kilkadziesiąt kilometrów mierzeja, która oddziela kilkunasto-/kilkudziesięciometrowym pasmem nadbrzeżne słone jeziora od pełnego oceanu.

W takiej scenerii około południa dojechałem do stolicy stanu Południowej Australii – Adelajdy. Miasto to wydało mi się również specyficzne, ze względu na znaczną liczbie imigrantów o wybitnie niemieckich korzeniach. Co chwila na ulicy dało się słyszeć ten język. Pewnie też dzięki znacznym wpływom kultury europejskiej miasto to nazywane jest Miastem Kościołów. To trafna obserwacja, szczególnie w relacji do innych miast tego kontynentu. Tutaj budowli sakralnych jest naprawdę sporo.



Główną „atrakcją” tego dnia okazało się być jednak zdarzenie wynikające z prozaicznej chęci opuszczenia samochodu po dotarciu do celu. Nie żeby klamka nie zadziałała, albo zamek się zaciął. Wszystko przebiegło standardowo do momentu, kiedy po uchyleniu drzwi na zgięciu, w szczelinie, gdzie są zawiasy je przytrzymujące – siedział sobie w najlepsze pająk! Cały włochaty, brązowy o rozmiarze mojej dłoni… Co jak co, ale w takich miejscach szczególnie się nie spodziewałem poznać tak dobitnie uroku dzikiej przyrody. Prostą opcją wydawało się strzepnięcie go czym prędzej poza obręb samochodu. Wydawało się…, bo przy pierwszym zbliżeniu, pająk błyskawicznie przecisnął się jakimiś szczelinami do komory silnikowej. Czy był jadowity? – prawdopodobnie nie, bo był to raczej ten z gatunku Huntsman, który jedynie wygląda nieciekawie. Jest to jednak ostatnia rzecz, nad którą zastanawia się człowiek w takim momencie. Pierwszą, która przechodzi mu przez myśl to, czy wylezie mu taka paskuda np. nocą pod kołdrę!?! Ostatecznie nie wylazła ani tej nocy ani do końca wycieczki. Tego dnia jednak, pokazała się jeszcze po drugiej stronie samochodu i uciekła gdzieś pod podwozie. Nie wiem, czy się przesiadła po drodze, czy dała za wygraną kiedy warunki jazdy się znacznie pogorszyły w dniach następnych. Niemniej dała spokój – co nie znaczy, że to było ostatnie, ani najgorsze spotkanie z pająkami, ale o tym kiedy indziej! ;)

Ten dzień i jednocześnie pierwszy tydzień wyprawy zakończył się w Port Augusta. Mieście w którym krzyżują się główne drogi: wschód – zachód i północ – południe. Idealnie bo przyszły tydzień to najgłębszy interior kontynentu. Będzie gorąco, lecz tu właśnie zaczyna padać…!

niedziela, 20 lutego 2011

A Brief History Of Time

Wróciłem! ...a właściwie przyjechałem z powrotem do Sydney po wcale nie tak krótkiej, bo 22-u dniowej objazdówce po kontynencie australijskim. Wychodząc niezwłocznie na przeciw oczekiwaniom (m.in. tych o utrzymaniu standardów „dobrej” telenoweli) i jednocześnie zachowując klasyczną formę - dramaturgia całej wyprawy zostanie opisana w trzech aktach. W swojej treści poprowadzą one bohatera dzień po dniu przez wszystkie możliwe zakamarki i arkany tego odległego świata. Dzięki zachowaniu zasady symetrii będą – mam nadzieję – w równy sposób budziły na nowo wszelkie możliwe emocje każdego minionego tygodnia, ukazując się cyklicznie i chronologicznie, odpowiednio w najbliższy poniedziałek, środę i piątek ;-)

W pozostałe dni, aby nie zanudzić, wprowadzić obowiązkowe przerwy dla zmiany scenografii i podtrzymać wątpliwe napięcie, omawiane będą sprawy bieżące i przyszłe plany związane z miesiącem trzecim - marcem. Zapowiada się kilka rajskich wysepek na Pacyfiku i jedna większa – podobno zielona :-)

W dzisiejszym odcinku natomiast prolog, czyli to na co wszyscy czekają - i Ci "Leserzy", którzy woleli czytać bryki, jak i te "Kujonki", co to kartka po kartce nocami ślęczeli nad lekturami. Będzie krótkie wprowadzenie, które z jednej strony da obraz tego czego można się spodziewać, z drugiej czego wogóle nie warto czytać/oglądać. Do dzieła więc...!

Jak to zazwyczaj bywa są rzeczy, które się udały lepiej i te, które też się udały - ...tylko inaczej ;) Ostateczna trasa wyniosła wg. licznika samochodowego jakieś 8 850 km, a wg. Google'a tyle i wygląła tak...


Jak to widać, porównując powyższą mapkę z wstępnymi wersjami trasy (post ze stycznia), zaszły drobne zmiany. Ostatecznie wyszedł trochę jakby mix pomiędzy ówczesną "Opcją 1" i "Opcją 2". Prowadzi to do wniosku, że były warunki sprzyjające jak i okoliczności negatywne. Zacznijmy więc od tego co się udało, czasem nawet wykonać w dwustu procentach założonego planu.

  • Udało się nie rozwalić auta – to może brzmi banalnie, ale oczywiście znając moje szczęście (i zdolności w tym zakresie;-) co poniektórzy zgodzą się chyba, że jest to niebywały sukces – szczególnie jak się jeździ de facto ciężarówką, a w dodatku to po złej stronie drogi.

  • Udało się zobaczyć wszystko z listy TOP 10 (niektóre miejsca/rzeczy nawet kilka razy i w różnych, czasem bardzo nietypowych warunkach), a pewnie i 90% z listy TOP 50 – to moim zdaniem najważniejsze i mnie osobiście najbardziej cieszy, bo daje unikatowe wrażenia i czasem po milion razy wynagradza wszelkie trudy i wyrzeczenia związane z samym osiągnięciem celu

  • Udało się wytropić kangury! – nie żeby okazało się to wybitnie trudne, ale jak wiemy był to pierwotny, największy i unikalny w swojej istocie cel, któremu podporządkowany był cały blog przecież!! Coś z gatunku ‘ultimate target’, który jak pokażą nadchodzące odcinki został osiągnięty i powtórzony wielokrotnie z udziałem odmiennych gatunków i zachowaniem standardów przyzwoitości, a wszystko w ramach klauzuli o ochronie zwierząt. Nikt z bohaterów powyższych zajść nie odniósł uszczerbku na zdrowiu (wiemy też już, że na pewno nie został przejechany…) i przeszedł ostatecznie nad tym do porządku dziennego J

  • Udało się wrócić i nie odnieść uszczerbku na zdrowiu – to akurat nie było, do końca tak proste jak mogłoby się pozornie wydawać - bo to prawda, że roi się tu od różnego rodzaju stworzeń, z których szczególnie te niepozorne, czasem mogą Cię załatwić na cacy… Niektóre, z nazwijmy je tymczasowo one-shot’ów, okazały się być literalnie na wyciągnięcie ręki!

  • Udało się zmieścić w czasie – to było najtrudniejsze, bo tutaj i pewnie cały rok byłby za krótki jak się okazuje, żeby powiedzieć z całym przekonaniem - dość! Niemniej samochód miał być zwrócony w nieprzekraczalnym terminie godziny drugiej popołudniu dnia wczorajszego tj. 19 lutego 2011 …i został, co zamknęło ten rozdział podróży.

Dla równowagi były też/niestety zdarzenia, które prowadziły do powstania komplikacji, a czasem zmiany pierwotnych planów. Nie zawsze można przewidzieć wszystko, ale w gruncie rzeczy przecież wcale nie trzeba, bo nie o to tu chodzi. Liczy się wyjście z każdej sytuacji, które niejednokrotnie okazuje się być co najmniej tak samo atrakcyjne, czy ekscytujące jak zakładane uprzednio.

  • Nie udało się pojechać dalej, zobaczyć więcej, dłużej być w drodze… – bo po prostu istnieją ograniczenia zarówno te materialne, jak i te fizyczne. Z zakładanych przeszło 12 tys. km ostatecznie zrobiło się niecałe 9 tys. Nie dojechałem przez to np. do Perth, miasta na zachodnim brzegu Australii, które w sumie też bardzo chciałem zobaczyć. Niemniej dzięki temu mogłem spędzić przykładowo dwa dni w Coober Pedy – fascynującym miejscu, które z początkowo zakładanej porażki, okazało się być jednym z najciekawszych i unikalnych miasteczek nie tylko w Australii ale i z pewnością na świecie. Udało się też nie pędzić na ślepo przez najwspanialszą z dotychczas widzianych dróg świata – Great Ocean Road, a na spokojnie delektować się każdym zakamarkiem, miasteczkiem czy zapierającym dech w piersiach widokiem, których są tam tysiące za każdym z miliona zakrętów. Ostatecznie pozostaje też nadzieja i plan, gdy zawsze można sobie powiedzieć – a nóż jeszcze kiedyś… :)

  • Nie udało się mieć kontroli nad pogodą – tu faktycznie muszę jeszcze poćwiczyć, bo tyle deszczu w ostatnim tygodniu, jak i czasami w najsuchszych miejscach na świecie, się nie spodziewałem… No ale tu także trzeba jasno powiedzieć, że ciekaw jestem, czy w ogóle nawet w Australii jest wiele osób, które widziały kompletnie zieloną pustynię w samym jej sercu, bądź rzeki płynące, …baaa zalewające, drogi w miejscach, które oznaczane są na mapach jako „wyschnięte koryto”, a w przewodnikach opisywane jako punkty gdzie raz na 10 lat pada deszcz.

  • Nie udało się post’ować codziennie – dlatego, że istotnie, poza punktowo i bardzo specyficznie rozłożonymi miastami, reszta Australii jest kompletnie pozbawiona cywilizacji. Jest to głównie atrakcyjna cecha – ale powoduje, że zgodnie zresztą z przewidywaniami, jedyny kontakt jaki miałem ze światem to sporadyczne odwiedziny Facebooka siedząc w przyklejonym do ściany MacDołka (i jego Free WiFi) vanie lub kilka smsów, które raz na 1 000 km można było wysłać/odebrać w miejscach, gdzie Telstra dostrzegłszy skupisko minimum 10 tys. mieszkańców (co jest naprawdę bardzo rzadkie), łaskawie postawiła maszt.

  • Nie udało się odpocząć – ale wszyscy wiemy kiedy na to będzie nieograniczony czas przecież, więc czy jest czego żałować?! Szczególnie, że w każdej sekundzie można znaleźć lepsze zajęcie, jak choćby szukanie opali, które potencjalnie walają się tutaj wśród czerwonego piachu pustyni. Można uczyć się gry na oryginalnym didgeridoo (taka jakby trąba aborygeńska), czy zwyczajnie wpatrywać się w idealnie rozświetlony Krzyż Południa, którego nikt z północnej półkuli przenigdy nie zobaczy, choćby nie wiem jak uporczywie szukał go na nocnym niebie.

  • Udało się schudnąć – bo kto ostatecznie powiedział, że każde zdanie w tej części musi mieć formę negatywną! ;-P

Teraz myślę już, każdy będzie w stanie ocenić, a przynajmniej będzie miał ogólną świadomość co go czeka (lub czego może się spodziewać :) jeśli zdecyduje się odwiedzać tego bloga w najbliższym tygodniu. A coś mi się wydaje, że jednak będzie co czytać, będzie co oglądać, przede wszystkim będzie co komentować…

Obowiązakowa fotogaleria zawiera natomiast świeżutki materiał z dzisiejszej, niedzielnej wycieczki, która zaprowadziła nas na południe od Sydney w okolice Wollongong trasą numer 1 (jej dalsza część będzie w szczegółach opisana niebawem). Ten odcinek był natomiast wyjątkowy – bo od pięciu lat istnieje taki fragment, który został poprowadzony wprost w oceanie! Nazywa się Sea Cliff Bridge.



A już jutro „Akt I” – czyli początkowe siedem dni z australijskiego outbacku i kilkaset fotografii dla tzw. wzrokowców. Zapraszam!

piątek, 28 stycznia 2011

The Lion, The Witch And The Wardrobe

Jutro o tej porze zamierzam być już w mieście Jindabyne ponad 450km od Sydney, nieopodal najwyżej położonego punktu Australii i jakże bliskiego sercu każdego Polaka – górą Kościuszko (2 228 m.n.p.m.). Dziś tymczasem miałem do załatwienia bardziej przyziemne i zdecydowanie mniej wzniosłe sprawy.

W ostatniej chwili przyszło mi wyjaśnić jakiś błąd, który miała wypożyczalnia samochodów, kiedy nagle wczoraj przysłali mi maila mówiącego, że procedura „Pre-check In” jest niekompletna. Prosili o wypełnienie jej online i podesłali linka – niedziałającego! Było to dziwne, bo już trzy tygodnie temu kiedy pisałem o zarezerwowaniu samochodu, od razu papierowo wypełniłem odpowiedni formularz. Wysłałem więc maila z prośba o wyjaśnienie, brak odpowiedzi. Dzisiaj ponowiłem zapytanie o co chodzi i dlaczego link nie działa…?! Długo, długo nic, ale ostatecznie późnym popołudniem przyszedł mail, że wszystko jest jednak poprawnie – uuufff ich pomyłka. Całe szczęście!

Natomiast jutro o dziesiątej rano nareszcie odbieram mój samochodzik. Nie jest to demon szybkości, jest za to solidnie wyposażony w powiedziałbym wręcz luksusowy sprzęt idealny na tzw. outbackack m. in. kuchenka gazowa, lodóweczka, zlew i zbiornik wodny… a do tego komfortowe podwójne rozkładane „łoże” z nastrojowym odtwarzaczem DVD/CD/radio. Wszystko w opakowaniu „Toyota” jak na załączonym obrazku (http://www.jucy.com.au/vehicles/jucy-crib-2-berth.aspx).
Drugim niezbędnym elementem było jedzonko. Godzinne zakupy w bardzo tu popularnym supermarkecie Woolworths pozwoliły oczywiście zoptymalizować mój asortyment produktowy w relacji ilości do ceny. Spostrzegawcza pani na kasie od razu zmierzyła mnie wzrokiem i widząc koszyk wypełniony po brzegi produktami marki „Home Brand” (coś jak nasze produkty „Tesco”) przy pierwszej sposobności wypytała, co to za wycieczka się szykuje?! Pani w kolejce za mną wciąż tylko przysłuchiwała się opowieści - kiedy nie wiem, czy z wrażenia czy może po prostu ze zmęczenia pani kasjerka zaczęła zdejmować buty… Ostatecznie wyjechałem jednak wózkiem ze sklepu do domu.

Tak tak „wózkiem do domu”, bo bynajmniej nie jest to tutaj rodzajem kradzieży mienia. Wszyscy bez samochodu, po zakupach – a każdy robi tu je solidne zazwyczaj – zwyczajnie wyjeżdżają ze sklepu wózkami i czasem przez pół miasta pchają je do domu! Następnie wszystko jest wypakowywane do mieszkania, a wózek odstawiany przed dom, bramę garażową itp. Specjalny samochód ze sklepu objeżdża wieczorkiem miasto i zbiera najnormalniej w świecie wózki z ulicy :-D …I gdzie to te czasy kiedy człowiek pozbawiony zmotoryzowanego środka lokomocji musiał np. pod osłoną nocy na piątym biegu najpierw pędzić co sił w nogach z wózeczkiem z M1 przez Radzymińską do Marek, a potem jeszcze wydłubywał w pocie czoła z niego te ostatnie 2 zeta, żeby móc autobusem do szkoły i jako tako cywilizowanego miasta dojechać na następny dzień ;-)  


Na koniec jest też potencjalnie gorsza wiadomość techniczna… Może się okazać tak, że w związku z brakiem bieżącego dostępu do Internetu, prądu, sieci GSM, a czasem i cywilizacji – w najbliższych dniach/tygodniach, częstotliwość postów może radykalnie zmaleć. Zachęcam jednak do wytrwałości i czujności jednak, bo nic z tego czasu nie zginie i w najgorszym razie pojawi się w opóźnieniem, ale za to w wyjątkowym wysypie za trzy tygodnie maksymalnie (wariant skrajnie pesymistyczny). Wariant realistyczny jest taki, że na pewno jeśli na horyzoncie pojawi się jakakolwiek szansa technologiczna, zostanie ona wykorzystana w sposób maksymalny. Może będzie to pełny post tutaj, jeśli nie to przynajmniej wpis na Facebooku, że np. uprasza się o wstrzymanie się z wzywaniem ekip ratunkowych, powinien się pojawić! Wariant optymistyczny jest tak nierealny, że nawet szkoda zaprzątać sobie nim głowę – szczególnie kiedy przede mną bezkresny i jakże potencjalnie odmienny świat się otwiera ;)

Tymczasem pozdrawiam Was serdeczne i do usłyszenia!


czwartek, 27 stycznia 2011

The Divine Comedy

W ostatnim tygodniu pobytu w Sydney główne dwa zadania to: zobaczyć jak najwięcej się da w Australia Day i spakować się przed wyjazdem tak, aby niczego nie zapomnieć, a nie brać też zbędnych elementów. W dzisiejszym post’cie zaczniemy od tego pierwszego.

Święto narodowe obchodzone jest tutaj 26 stycznia i ma bardziej piknikowy charakter niż nasz odpowiednik. Pewnie nie tylko ze względu na zgoła odmienną, niż nasza listopadowa, pogodę. W mieście już od początku stycznia coraz to nowe plakaty informowały, co i gdzie jest planowane z tej okazji. Nie sposób było nie wiedzieć gdzie rozdawane będzie jedzenie, albo którędy i kiedy przepłyną stateczki.

Wychodząc z założenia, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia, udałem się bezpośrednio do Hyde Parku. Tam był zlokalizowany główny punk gastronomiczny, od razu poszukałem namiotu z napisem „free food”. Idealnie się składało, bo najbliższy serwował bardzo solidne śniadanie – hot-dogi! Haczyk wyszedł na jaw za pierwszym podejściem kiedy okazało się, że kanapka pokrojona jest w poprzek na kilka mniejszych porcji. Usłyszawszy jednak „serve yourself” zastosowałem zasadę koniunkcji z wcześniej wspomnianym napisem na szyldzie – i od razu skomponowałem sobie pasujące do siebie kawałki w jednego, solidnego hod-doga ;-D. Wciąż ograniczenie ilościowe w postaci dwóch rąk (w tym jednej do niesienia, drugiej do jedzenia) wymuszało powtórzenie całej procedury jeszcze kilkakrotnie tego dnia…

Idąc za ciosem, powiadają również, że człowiek syty to podobno człowiek bardziej szczęśliwy (nota bene to może być główna zasada tu obowiązująca). Całkiem zadowolony więc udałem się wzdłuż Macquire Street, gdzie z okazji święta wystawione były dosłownie setki zabytkowych samochodów i innych pojazdów motorowych. Okazało się, że dzięki czapeczce z rondem, powolny spacer w pełnym słońcu był względnie do zniesienia. W około zaczęło gromadzić się trochę więcej ludzi, ale jak się ostatecznie okazało frekwencja była daleka od rekordowej – większość ze względu na wyjątkowo upalny dzień wybrała wodę i plaże! Wszyscy spacerowicze obowiązkowo z wymalowanymi twarzami, w pelerynach lub przynajmniej czapeczkach w kolorach narodowych oczywiście. W trakcie drogi w stronę zatoki dokładnie w południe usłyszałem cała serię salw armatnich wystrzelonych z Macquire Point.

W wodach Sydney Harbour tuż po południu roiło się już wprost od większych i mniejszych, starszych i nowszych, łódeczek i stateczków. O 2 pm zgodnie z planem miał przelecieć wojskowy samolot odrzutowy F/A-18 Hornet. Ledwo zmieścił się spóźniony w kwadransie akademickim, ale ostatecznie kilka przelotów nad głowami wykonał, wydając przy tym roznoszący się po całej zatoce huk.


Po tym pokazie udałem się tym razem poza obszar piknikowy, do Anzac Museum Memorial. Był on wyjątkowo w tym dniu otwarty na oścież dla publiczności. Po drodze można było z kolei zaopatrzyć się w kilka przekąsek lub napoi np. ogólnie-orzeźwiających, podawanych na lodowato-zimno – idealnych na taki upał.

Ostatnim punktem dnia miały być zabawy, śpiewy i pokazy sztucznych ogni. Wszystko to w ogrodzonym na ten dzień od miasta obszarze Darling Harbour. Od wczesnych godzin popołudniowych gromadziły się już tam całe rodziny, a na scenie/barce i kilku telebimach rozstawionych wokół zatoki odbywały się najróżniejsze tańce, hulanki i swawole.

Pod wieczór, po szeregu przemówień prominentnych osobistości wymieniono całą barkę na taką z orkiestrą. Miała ona grać synchronicznie do pokazu sztucznych ogni. Nie sądziłem, że po tym co widziałem na powitanie tego roku – raptem niecałe cztery tygodnie temu, cokolwiek może się z tym równać. Wkrótce okazało się, że bardzo się pomyliłem. Zaczęło się spokojnie gdy kwadrans przed dziewiątą, zaraz po zachodzi słońca, wokół zatoki, do dźwięków subtelnej muzyki zaczęły pływać w koło, oświetlane na zmianę przeróżnymi kolorowymi światłami, żaglówki. W miarę rozkręcania się orkiestry, coraz to nowe serie fajerwerków rozświetlały zatokę. Po około dziesięciu minutach nieustannych wariacji świateł i dźwięków, dołączył się do tego chór i o dziwo cała impreza rozkręcała się coraz bardziej. W najbliższym kwadransie zagrano w mistrzowski sposób mix najnowszych hitów z klasycznymi kompozycjami i wystrzelono chyba kilo-tony fajerwerków, każdy jeden dokładnie podkreślający nastrój i chwilę.

Bajeczny, niewiarygodny i niezapomniany widok!


Znacznie więcej materiału audio-wideo, zebranego łącznie w jedenastu kolejnych filmikach tematycznych, standardowo jest już na kanale YouTube [dygresja: zauważyłem niestety, że serwis ten ma bliżej niezidentyfikowany problemy z poprawną konwersją początkowych sekund filmów z mojego aparatu – uczciwie uprzedzam, a nad rozwiązaniem pracuję…]. Nieodzowna i komplementarna do post’a fotogaleria poniżej.



A na koniec jeszcze mały „preview” nadchodzącego, zapewne ostatniego w tym miesiącu i przed wyjazdem w głąb kontynentu – piątkowego posta…


poniedziałek, 24 stycznia 2011

The Three Musketeers

Od autorki innego wspaniałego bloga o Australii "W krainie OZ" usłyszałem ostatnio pewien, doskonały z perspektywy człowieka odwiedzającego ten kontynent, kawał. Cała sytuacja z zastrzeżeniem, że jest to właśnie dowcip i nikt nie powinien poczuć się przezeń urażony, prezentuje się następująco:

An Englishman wanted to become an Irishman,
so he visited a doctor to find out how to go about this.
"Well" said the doctor, "this is a very delicate operation
and there is a lot that can go wrong.
I will have to remove half your brain".
"T...hat's OK" said the Englishman.
"I've always wanted to be Irish and I'm prepared to take the risk".
The operation went ahead but the Englishman woke
to find a look of horror on the face of the doctor.
"I'm so terribly sorry!!" the doctor said.
"Instead of removing half the brain, I've taken the whole brain out".
The patient replied, "No worries, mate!!"

...i jak w każdym żarcie, tak i w tym jest ziarnko prawdy. Bo faktycznie ostatnie sformułowanie słyszy się tu praktycznie od każdego, zawsze i na każdym kroku. Nie ważne czy jedziesz pociągiem, przechodzisz ulicą czy robisz zakupy w sklepie. Faktycznie na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być bardziej „na luzie”. Może faktycznie to przez słońce świecące praktycznie non-stop, które poprawia generalnie humor, albo to już ten etap rozwoju kiedy jest tak dobrze, że nie ma innych zmartwień… Jakkolwiek by nie było paradoksalne jest w tym to, że można się nie martwić wieloma sprawami – natomiast nad kilkoma przynajmniej warto byłoby się zastanowić… Bo jaki ma np. sens trójpasmowa, idealna droga z ograniczeniem prędkości do 70km na godzinę, dlatego że kiedyś ktoś miał na niej wypadek – albo fotoradary, ustawione często w takim zagęszczeniu, że fotografują pewnie i siebie nawzajem?! Odchodząc od motywów drogowych weryfikacja rozróżnienia listu od paczki odbywa się tu na podstawie szablonu, w którym wycięta jest szczelina. Jeśli nadawana przesyłka przechodzi – jest listem, jeśli nie paczką – wydaje się super! Tak, ale oczywiście kiedy nadać chciałem kopertę bąbelkową, która w stanie nieskompresowanym nie mieściła się o 2mm ale przy lekkim ściśnięciu miałaby i z pół centymetra zapasu – to nie, nie ma przeproś – jest paczką ;-P

Tyle słowem wprowadzenia na dziś, bo zapowiada się jeszcze kilka ciekawostek. Przez ostatni tydzień działo się trochę, ale było też tu sporo spraw organizacyjnych – może tak je nazwijmy – związanych oczywiście z moimi przygotowaniami do wyjazdu z Sydney za niespełna tydzień. Ponadto pojawiło się wiele ciekawych materiałów w Internecie dotyczących Czarnego Lądu, z którym nie sposób było się nie zapoznać ;) Niemniej nadrabiając ogromne zaległości, w tym post’cie będą aż trzy fotogalerie, parę słów wyjaśnienia i zaktualizowany o krótkie filmiki poglądowe kanał na YouTube.

Darling Harbour i China Town (powinno być raczej China Street)

Od ostatniego poniedziałku (17.01.2011) do czwartku (20.01.2011) zapuściłem się… – tu mógłbym postawić kropkę, ale dokończę to tak… Zapuszczałem się do wcześniej nie odwiedzonych części miasta: Darling Harbour i China Town. Okolica zatoki Darling była typową przystanią portową, która dopiero w ostatnich dwudziestu latach poddana została kompletnej rewitalizacji i zmianie charakteru na bardziej miejski. Zatokę otwarto dla mieszkańców, na stałe zacumowano kilka statków do zwiedzania, wzbogacono miejsce o szereg fontann, mini parków i restauracji - a do tego poprowadzono specjalny nadziemny, jednoszynowy pociąg, który w błyskawiczny sposób umożliwia komunikację z centrum miasta. Dzięki temu wiele osób spędzać może w tej okolicy nawet przerwy lunchowe. Jeśli ma się więcej czasu, nic nie stoi też na przeszkodzie, aby spędzić kilka godzin w oceanarium lub kinie typu IMAX zlokalizowanych tuż obok. Pełnym uroku miejscem, w którym można kompletnie odciąć się od zgiełku miasta jest wydzielony chiński ogród.

Szumnie słyszałem też sporo o China Town, która to dzielnica przylega od południowej strony do Darling Harbour. Niestety tutaj nastąpiło duże rozczarowanie. Zamiast „town” jest to z grubsza jedna i to dość krótka ulica, na której skupione są większe lub mniejsze knajpki prowadzone przez ludność azjatycką. Wszystko to ma jednak typowo komercyjny charakter i nie uświadczysz tutaj przyjemności zjedzenia wybranego przez siebie psa, bo takowe po prostu nie szwędają się przed restauracją ;) Muszę powiedzieć, że o wiele bardziej chińską dzielnicą jest obszar miasteczka Cabramatta. Tam od razu widać, że większość szyldów jest napisana „krzaczkami”, a z pociągu wysiada zawsze minimum 50% pasażerów (w tym 90% chowanych na ryżu i rybach).



Palm Beach Track

W piątek (21.01.2010) przyszła pora na zaplanowaną już kilka dni po przyjeździe rozszerzoną wycieczkę na Palm Beach. Z dziesiątek plaż jakie są w Sydney, mi osobiście ta najbardziej przypadła do gustu. Może to pierwsze wrażenie – a może to dlatego, że jest jednym z najbardziej oddalonych, jednym z największych, otwartym wprost na ocean i zdecydowanie malowniczo położonym tego typu miejscem. Moja spalenizna z ostatniego weekendu do tego czasu już zdążyła zbrązowieć, a nawet podpadać płatami gdzieniegdzie.

Droga komunikacją publiczną nie jest najkrótsza. Niby nie powinno być źle, bo jeden pociąg, jedna przesiadka i jeden autobus - ale wszystko zajmuje niestety od 2,5 do 3h. Obszar jednej aglomeracji a odległość ponad 90km… Nie było więc czasu do stracenia! Dojechałem na miejsce koło południa, by zobaczyć – że cała plaża rozciągająca się na długości prawie kilometra jest praktycznie puściutka. Pogoda była wspaniała – gorąco, bezchmurne niebo i lekka bryza.

W planie: trochę wspinaczki plus odrobina wypoczynku. I tak pierwszym celem było dotarcie do północnej strony plaży, gdzie zaczynało się wzniesienie zwieńczone latarnią morską. Spacer brzegiem oceanu w falach po kolana, bardzo orzeźwiający, idealny przed wspinaczką. Z trzech tras prowadzących na szczyt – wybrałem tzw. Drogę Szmuglowników, najkrótszą, lecz najbardziej stromą i prowadzącą bezpośrednio po zboczu skały. Z czubka rozciąga się niesamowity widok na cały cypel Palm Beach oddzielający wody zatoki po jednej stronie od oceanu po drugiej, w oddali widać skaliste klify północno-wschodnich wybrzeży Sydney. Na szczycie, poza zamkniętą niestety dla publiczności latarnią, nieopodal w gąszczu znajduje się np. grób pierwszego latarnika, obsługującego to miejsce. Jak głosi napis był to skazaniec, który ostatecznie dopełnił tu żywota z przyczyn naturalnych dwa wieki temu. Nie ma to jak powierzać odpowiedzialne zadania nawigacyjne ludziom z prawomocnym wyrokiem, ciekawe jaki typ aktualnie siedzi na wieży?! – tego już nie napisali niestety ;)

Trasa powrotna prowadziła drogą, którą dostarczane jest na latarnię zaopatrzenie. Tym samym zejście było zdecydowanie łatwiejsze, niemniej w wielu miejscach pozwalało nacieszyć oczy wspaniałymi krajobrazami, podziwianymi z kolejnych punktów widokowych. Piasek na plaży był już niewyobrażalnie nagrzany we wczesnych godzinach popołudniowych. Nie sposób było iść boso w części, którą co jakiś czas nie obmywały fale oceanu. Chwila odpoczynku, szybka kąpiel i niestety w oka mgnieniu zrobiło się całkiem późno. Wspaniały dzień dobiegł końca.



Katoomba

Głównym tematem soboty była prognoza pogody na dzień kolejny! Tak jak zapowiadała „pani chmurka” nadchodząca niedziela miała być bardzo ciepła i bezchmurna. Szczególną moją uwagę budził obszar Blue Mountains – gdzie znajduje się wspomniana kilka tygodni temu Katoomba. Wyprawy w te regiony nie można było sobie darować. Wspomniana w meteo: „szansa na przelotne popołudniowe deszcze” dawała aż nad to dużo czasu i jeszcze więcej nadziei na wspaniały ostatni dzień weekendu.

Udało się!! Na miejscu przed 9 am powietrze było krystalicznie czyste, niebo doskonale błękitne a miejsce… urocze. Góry Błękitne to zgodnie z objaśnieniami jeszcze starszy twór niż Wielki Kanion Kolorado. Nazwę swoją podobno miał brać od specyficznych aromatów i olejków unoszących się w powietrzu nad wypełniającą zbocza i doliny roślinnością. W dzień jak ten, o dziwo – było można to idealnie zaobserwować, kiedy od pewnej odległości rozpościerała się, aż po najdalszy horyzont coraz głębsza niebieska poświata.
Główną atrakcją, związaną jeszcze z legendą aborygeńską mówiącą o postaciach zaklętych w kamienie, są słynne skały Three Sisters. Trzy wyraźnie i symetrycznie oddzielone od siebie górotwory ograniczające  jeden z masywów w pobliżu Echo Point. Poprzez dolinę przeprowadzona została pięć lat temu kolejka – jedyna na świecie ze szklaną podłogą pozwalająca za naciśnięciem jednego przycisku obserwować głęboki na kilkaset metrów kanion pod stopami. Nazwa pobliskiej miejscowości bierze z kolei nazwę od wodospadów zasilających rzekę biegnącą doliną.

Kupione bilety pozwalały nam do godziny pierwszej po południu korzystać zarówno ze wspomnianej wyżej kolejki linowej jak i prowadzącej w dół kolejki szynowej oraz jeszcze jednej powrotnej. Całkiem niezła okazja, a w ramach bonusa – super sympatyczna pani sprzedająca bilety okazała się być Polką :-)

Około godziny jedenastej byliśmy już po przechadzce górami i grzbietami, przyszła więc pora na przetestowanie jak zapewniano najbardziej stromej kolejki szynowej na świecie. Trasa w dół doliny jest drogą wykorzystywaną pierwotnie przez górników wydobywających w tych górach węgiel. Wagoniki są zmodyfikowaną wersją standardowych wagoników górniczych. Było naprawdę stromo, pasów nie ma - a siatka tuż nad głowami wcale nie zabezpieczała jak myślałem przed atakującymi z góry papugami, a służyła zwyczajnie do trzymania się, aby nie polecieć w dół w czasie jazdy.

Na dole około godzinny spacer najdłuższą z tras, prowadzi przez wszystkie ciekawe miejsca w dolinie jak opuszczone kopalnie, kopce termitów, wypalone przez pożary buszu pozostałości po drzewach itp. itd. Po południu temperatura wciąż się zwiększała, a na szlaku robiło się coraz ciaśniej. Do powrotnej kolejki linowej musieliśmy już odstać w całkiem sporej kolejce i przepuścić jeden wypełniony po brzegi wagonik na górę.

Ta fotogaleria jest nawet, zgodnie ze zgłaszanym zapotrzebowaniem, nieśmiałą próbą dodania pewnych elementów ludzkich do ogólnego wizerunku piękna otaczającej nas przyrody. Trzy krótkie filmiki wideo na YouTube oczywiście, a ja zapraszam serdecznie.



W kolejnym tygodniu szczególnym dniem będzie na pewno 26-ty stycznia tzw. Australia Day. Zapowiada się masa atrakcji, darmowego jedzenia i kolejne fajerwerki. Po ręczniku plażowym w barwach flagi Australii, moja garderoba wzbogaciła się, dzięki Ani, o super-stylową czapeczkę w stylu rybackim z identyczną kolorystyką – grunt to dobre przygotowanie! Pozdrawiam Was serdecznie tymczasem :-P