W ostatnim tygodniu pobytu w Sydney główne dwa zadania to: zobaczyć jak najwięcej się da w Australia Day i spakować się przed wyjazdem tak, aby niczego nie zapomnieć, a nie brać też zbędnych elementów. W dzisiejszym post’cie zaczniemy od tego pierwszego.
Święto narodowe obchodzone jest tutaj 26 stycznia i ma bardziej piknikowy charakter niż nasz odpowiednik. Pewnie nie tylko ze względu na zgoła odmienną, niż nasza listopadowa, pogodę. W mieście już od początku stycznia coraz to nowe plakaty informowały, co i gdzie jest planowane z tej okazji. Nie sposób było nie wiedzieć gdzie rozdawane będzie jedzenie, albo którędy i kiedy przepłyną stateczki.
Wychodząc z założenia, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia, udałem się bezpośrednio do Hyde Parku. Tam był zlokalizowany główny punk gastronomiczny, od razu poszukałem namiotu z napisem „free food”. Idealnie się składało, bo najbliższy serwował bardzo solidne śniadanie – hot-dogi! Haczyk wyszedł na jaw za pierwszym podejściem kiedy okazało się, że kanapka pokrojona jest w poprzek na kilka mniejszych porcji. Usłyszawszy jednak „serve yourself” zastosowałem zasadę koniunkcji z wcześniej wspomnianym napisem na szyldzie – i od razu skomponowałem sobie pasujące do siebie kawałki w jednego, solidnego hod-doga ;-D. Wciąż ograniczenie ilościowe w postaci dwóch rąk (w tym jednej do niesienia, drugiej do jedzenia) wymuszało powtórzenie całej procedury jeszcze kilkakrotnie tego dnia…
Idąc za ciosem, powiadają również, że człowiek syty to podobno człowiek bardziej szczęśliwy (nota bene to może być główna zasada tu obowiązująca). Całkiem zadowolony więc udałem się wzdłuż Macquire Street, gdzie z okazji święta wystawione były dosłownie setki zabytkowych samochodów i innych pojazdów motorowych. Okazało się, że dzięki czapeczce z rondem, powolny spacer w pełnym słońcu był względnie do zniesienia. W około zaczęło gromadzić się trochę więcej ludzi, ale jak się ostatecznie okazało frekwencja była daleka od rekordowej – większość ze względu na wyjątkowo upalny dzień wybrała wodę i plaże! Wszyscy spacerowicze obowiązkowo z wymalowanymi twarzami, w pelerynach lub przynajmniej czapeczkach w kolorach narodowych oczywiście. W trakcie drogi w stronę zatoki dokładnie w południe usłyszałem cała serię salw armatnich wystrzelonych z Macquire Point.
W wodach Sydney Harbour tuż po południu roiło się już wprost od większych i mniejszych, starszych i nowszych, łódeczek i stateczków. O 2 pm zgodnie z planem miał przelecieć wojskowy samolot odrzutowy F/A-18 Hornet. Ledwo zmieścił się spóźniony w kwadransie akademickim, ale ostatecznie kilka przelotów nad głowami wykonał, wydając przy tym roznoszący się po całej zatoce huk.
Po tym pokazie udałem się tym razem poza obszar piknikowy, do Anzac Museum Memorial. Był on wyjątkowo w tym dniu otwarty na oścież dla publiczności. Po drodze można było z kolei zaopatrzyć się w kilka przekąsek lub napoi np. ogólnie-orzeźwiających, podawanych na lodowato-zimno – idealnych na taki upał.
Ostatnim punktem dnia miały być zabawy, śpiewy i pokazy sztucznych ogni. Wszystko to w ogrodzonym na ten dzień od miasta obszarze Darling Harbour. Od wczesnych godzin popołudniowych gromadziły się już tam całe rodziny, a na scenie/barce i kilku telebimach rozstawionych wokół zatoki odbywały się najróżniejsze tańce, hulanki i swawole.
Pod wieczór, po szeregu przemówień prominentnych osobistości wymieniono całą barkę na taką z orkiestrą. Miała ona grać synchronicznie do pokazu sztucznych ogni. Nie sądziłem, że po tym co widziałem na powitanie tego roku – raptem niecałe cztery tygodnie temu, cokolwiek może się z tym równać. Wkrótce okazało się, że bardzo się pomyliłem. Zaczęło się spokojnie gdy kwadrans przed dziewiątą, zaraz po zachodzi słońca, wokół zatoki, do dźwięków subtelnej muzyki zaczęły pływać w koło, oświetlane na zmianę przeróżnymi kolorowymi światłami, żaglówki. W miarę rozkręcania się orkiestry, coraz to nowe serie fajerwerków rozświetlały zatokę. Po około dziesięciu minutach nieustannych wariacji świateł i dźwięków, dołączył się do tego chór i o dziwo cała impreza rozkręcała się coraz bardziej. W najbliższym kwadransie zagrano w mistrzowski sposób mix najnowszych hitów z klasycznymi kompozycjami i wystrzelono chyba kilo-tony fajerwerków, każdy jeden dokładnie podkreślający nastrój i chwilę.
Bajeczny, niewiarygodny i niezapomniany widok!
Znacznie więcej materiału audio-wideo, zebranego łącznie w jedenastu kolejnych filmikach tematycznych, standardowo jest już na kanale YouTube [dygresja: zauważyłem niestety, że serwis ten ma bliżej niezidentyfikowany problemy z poprawną konwersją początkowych sekund filmów z mojego aparatu – uczciwie uprzedzam, a nad rozwiązaniem pracuję…]. Nieodzowna i komplementarna do post’a fotogaleria poniżej.

A na koniec jeszcze mały „preview” nadchodzącego, zapewne ostatniego w tym miesiącu i przed wyjazdem w głąb kontynentu – piątkowego posta…

oooo LABOGA - gdzie TY masz włosy ???
OdpowiedzUsuńDo wojska chcesz się zaciągnąć ;p
Jeszcze nie czytalem, ale przeskanowalem post.
OdpowiedzUsuńGARUS, co ze slynna fryzura????!!!>!>!!>!>!>!>!>>!
Nie poznalbym Cie na ulicy :)
M.
zrobiłeś się na Pozziego czy co :-)?
OdpowiedzUsuńMaciek wygladasz jakbyś chciał powiedzieć "No worries, mate" ;-)
OdpowiedzUsuńm.
Ha ha ha! Te "No worries, mate!" faktycznie musiałem kilka razy powtarzać, ale fryzjerowi :) - który nie wiem, czy nie był do końca przekonany, czy jako że pochodził z arabskiego świata mógł być na bakier z centralnoeuropejską odmianą angielskiego... w każdym razie kompletnie nie rozumiał zaproponowanej koncepcji i też podejrzewał mnie ewidentnie o postradanie rozumu! ;-P
OdpowiedzUsuń