niedziela, 2 stycznia 2011

1984

...A jednak czasami zdarzają się chwile, które zapierają dech w piersiach. O nocy z 2010 na 2011 rok nie tylko ciężko będzie mi napisać, coś czuję, ale także chyba nic - bo na pewno nie zamieszczone zdjęcia i filmy - nie oddada nawet ułamka tego, jak wspaniały jest jeden z pierwszych na świecie sylwestrowych noworocznych przełomów rozgrywający się w Sydney Harbour.

Dzień wcześniej myslałem, że najlepsze miejsce do oglądania sztucznych ogni będzie z cypla zwanego Mrs. Macquaries Point, który znajduje się na wschód od Bennelong Point (Sydney Opera Hause). W teorii z niego powinno być widać zarówno operę na tle mostu Sydney Harbour Bridge jak i panoramę centrum miasta ze wszystkimi wieżowcami po lewej. Założenia były być może słuszne, bo o 9:30 am kiedy dojechałem do wejścia do ogrodów botanicznych prowadzących do upatrzonego miejsca, stała już tam literalnie mówiąc kilometrowa kolejka ludzi, którzy wpadli na podobny pomysł - otwarcie bram miało mieć miejsce za pół godziny. Na całe szczęście wysiadając na stacji przy zatoce Sydney Cove widziałem jeszcze, że drugie bardzo ciekawe miejsce tuż nieopodal opery na wprost mostu i znacznie bliżej centrum miasta, w samym środku spodziewanych wydarzeń było praktycznie dopiero otwarte i całkowicie puste o tej porze. Nie zastanawiając się wiele, czym prędzej tam się skierowałem.

O 10-tej rano byłem już rozłożony tuż przy barierce, w idealnym miejscu - co wszystko lokalizacyjnie będzie widać na zdjęciach. Towarzystwo całkowicie międzynarodowe: para studentek Chinek, małżeństwo Jugosłowianki z Fidżijczykiem (nawet nie wiem czy tak to się odmienia poprawnie - po prostu z człowiekiem z Fidżi) - od 27 lat miekszające w Sydney, oraz spora rodzinka mieszana z okolic Ameryki Środkowej. Na wejściu napis, że strefa bezalkoholowa, kontrola "jakości" na wejściu - a już nieopodal wewnątrz, oficjalne stanowisko ze sprzedażą piwa, wina tudzież kilku drinków :-) Ciekawy sposób na robienie interesów.

Na szczęście w takim doborowym towarzystwie czas płynął w miarę szybko, a było przeciez grubo ponad dwanaście godziń jeszcze do wystania. Dzień super gorący, co jakiś czas obowiązkowo trzeba się było smarować kremem przeciwsłonecznym i pić ile się da. (wody oczywiście - dla rozwiania wszelkich wątpliwości :) Wszystko byłoby doskonale gdyby nie to, że już około wczesnego popołudnia poczułęm, że o czymś zapomniałem - a zapomniałem posmarować uszu... Zasadniczo było już za późno na jakikolwiek ratunek, bo nie trzeba było być lekarzem, aby spokojnie stwierdzić conajmniej poparzenia pierwszego stopnia. Moja czapka miała daszek, ale nie nauszniki, więc dla zminimalizowania skutków dalszego wyczekiwania do zachodu słońca - rozłożyłem sobie parasol, część ludzi przyszła tam nawet z namiotami wogóle jak się okazało, w sumie kompletnie nie pomyslałem o tym, że można to rozkładać na środku dreptaka w centrum miasta, a jednak!

W ciągu tego dnia dowiedziałem sie wielu ciekawych rzeczy, m. in. co jest na topie list przebojów wśród chińskich studentów. Jak to żyło się na Fidżi (bardzo cenne informacje jeżeli planiuje się tam wycieczkę! :) oraz, że można przychodzić na fajerwerki praktycznie rok do roku i podobno to się nie nudzi. Także jakąś informacją było to, że bliżej nieokreślona osoba oświadczyła się innej zwanej Behnoosh, co nie omieszkała oznajmić wszystkim pisząc koło południa ogormny napis na niebie za pomocą samolotu i jak się potem okazało dosyć popularnego "sky-writinig'u". Były też dla dopełnienia obrazu akrobacje lotnicze nad zatoką, a około dwudziestej, kiedy mniej wiecej zachodzi słońce, tuż poniżej tarasu na którym stałem zaczęła się zamknięta impreza disco w stylu lat 60' - 70' - 80' częściowo kostiumowa. Nasze miejsca w wyjątkowy sposób pozwalały cieszyć się za free wszystkimi dogodnościami oczywiście poza napojami tam serwowanymi :-/

Wtedy także okazało się, że kto jak kto, ale ekipy narwanych Hindusów, postanowiły napierać, wpychać się ile wlezie pomiędzy ludzi, żeby tylko porobić zdjęcia i popatrzeć z dobrego miejsca, podczas gdy jakoś cała reszta rozumiała koncepcję bookingu miejsc i zasady - kto pierwszy ten lepszy. Tego było za wiele, więc wespół z innymi cywilizowanymi ludźmi mogłem sobie trochę poużywać i przynajmniej poćwiczyć ten mniej używany powszechnie angielski plus parę chwytów. Sytuacja się ustabilizowała i już w całkiem przyzwoitych warunkach przyszła pora na kolejne porcje pisma na niebie, i fajerwerki o 9 am.

Tak tak... tutaj sztuczne ognie są wypuszczane dwa razy tej nocu. Najpierw te wcześniejsze, prawdopodobnie dla rodziń z mniejszymi dziećmi, które nie dotrwałyby do północy i te właściwe - kiedy faktycznie zaczyna się Nowy Rok. W oczekiwaniu na główną atrakcję wieczoru na dole rozegrano parę konkursów i zapuszczono hity w styly m. in. YMCA przez profesjonalnie przebranych wykonawców. Idealnie!

Kilka minut przed północą wszyscy już nerwowo spoglądali na zegarki, przygotowywali sprzęt fotograficzny oraz wideo i wpatrywali się w napisy wyświetlane na filarach, a także na samym na moście w Sydney. Zaczęło się odliczanie, które doszło do zera...

Nie ma słów aby opisać co się stało za sekundę. Niebo rozbłysło setkami i tysiącami świateł, ze wszystkich stron naraz, w sposób fenomenalny zsynchronizowanych z dającą się słyszeć wokoło muzką. Nie było ani sekundy gdzie, z którejkowliek strony miasto nie byłoby rozświetlone całą gamą kolorowych blasków. Wszystko co widać na zdjęciach i filmach moim zdaniem nie oddaje nawet ułamka pełnego wrażenia jakie się ma, stojąc pośród tak doskonale przygotowanego, i w każdym detalu idealnie wykonanego widowiska.

Tak - to zapiera dech w piersiach!


i inne pod nowo otwartym kanałem YouTube:

10 minutut potem, po ostatniej kulminacyjnej fali świateł gdzie wystrzeliwana jest całość pozostałego arsenału - wszystko po sekundzie oszałamiającej jasności gaśnie. Ludzie zaczynają zbierać się ze stanowisk i ruszają do domów. O dziwo raczej nikt nie czeka dłużej pod chmurką, ale to zrozumiałe, bo trzeba przebić się jeszcze jakoś przez to 1,5 miliona innych oglądających do stacji, do pociągu i jakimś cudem wrócić do domu. W tym momencie spostrzegłem niestety, że pamięć mojej karty z aparatu była niewystarczająca na taką moc wrażeń i nie udało już jej się pomieścić ostatniej półtora minuty widowiska, trochę szkoda - ale co tam, i tak liczy się przeżycie! :-D

Ze względów bezpieczeństwa stacja najbliżej zatoki została zamknięta, więc postanowiłem niezwłocznie udać się do stacji ją poprzedzającej tj. Town Hall. Zaszedłwszy tam okazało się, że już samo wejście do kolejki pęka w szwach, a większość ruchu kierowana jest kolejny kilometr dalej, do stacji centralnej. Ja postanowiłem spróbować się przebić. Przepuściłem jakieś dwa pociągi i ostatecznie wsiadłem do właściwego wagonu. Trasa była wyjątkowo długa, bo nie tak jak za dnia, tej nocy wszystkie kolejki zatrzymywały się na każdej stacji po kolei. Dodatkowo pewna grupa pasażerowiczów z różnych przyczyn ;) była słabo związana z otaczającą ich rzeczywistością - część na szczęście czuła się otłumaniona i odpoczywała, ale część przyjęła postawę bojową! W związku z tym trochę z duszą na ramieniu, w miarę czujnie jechałem do stacji docelowej Liverpool.

Ostatecznie wszedłem do pokoju przed 3 nad ranem i momentalnie zasnąłem...

4 komentarze:

  1. Happy New Year! Swietny wpis, zazdroszcze przezyc. No moze oprocz tych Hindusow ale w sumie jestem przyzwyczajony do takich zachowan - bardzo sa "pushy" i "choppy".
    3maj sie , pzdr
    Benny

    OdpowiedzUsuń
  2. Maciek nie wytropiłeś kangura jeszcze.. m

    OdpowiedzUsuń
  3. Kangura jeszcze nie spotkałem w tzw. real'u, usilnie poszukuję :) Za to faktycznie obcokrajowcy z szeroko pojętej Azji szczególnie, są na każdym kroku!

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm...z Hindusami to tylko łokciologia stosowana, bez łokci nic nie poradzisz jak w okół ciebie ponad miliard luda.

    Dopiero teraz czytam - season mnie dopadł. Pozdrawiam i postaram się jakoś nadrobić dalsze relacje.

    OdpowiedzUsuń