Dzien 1 (29.01.2011)
Sydney do Thredbo
W sobotę nastał długo wyczekiwany dzień. Umówiliśmy się z Ulą, że po 10 am, kiedy tylko otwierają wypożyczalnię, podwiezie mnie po samochód. Wszystko poszło całkiem sprawnie do momentu demonstracji auta. Nie chodzi mi o to, że czegoś brakowało – bo wszystko było na miejscu: idealnie wpasowana w konstrukcję samochodu lodóweczka, kucheneczka, zlewozmywak i rozkladane podwójne łóżko. Naprawdę tak jak mówiono była klimatyzacja (ale bez automatycznej stabilizacji temperatury) i odtwarzacz DVD z małym wyświetlaczem plus, co okazało się bardzo przydatne, wentylatorek w tylnej części (mieszkalnej) pojazdu, jak i ogromny otwierany szyberdach. Rzeczy, której mi „brakowało” to np. wajcha zmiany biegów… no tak wiedziałem, że ma być automatyczna, ale i tak chciałem czymś przestawić z pozycji parkuj na jedź na przykład. Jakież było moje uradowanie i zakłopotanie jednocześnie, kiedy Pani obsługująca wyjaśniła mi, że jedna z manetek za kierownicą właśnie do tego służy ;) No nic, potem poszło już łatwo i tylko pierwszy raz przy wyjeździe z wypożyczalni dokładnie wiedziałem, że chcę wyjechać w lewą stronę (tu to łatwiejsza opcja) ale w afekcie spojrzałem się kontrolnie również w tą samą (czyli tu bez sensu) i musiałem się potem dosyć streszczać, kiedy de facto, lekko wymusiłem pierwszeństwo na nadjeżdżającym z prawej Mercedesie. Potem to już się nie zdarzało, bo do samej jazdy po lewej momentalnie można się przestawić moim zdaniem. Kilka dni zajmuje tylko wbicie sobie do głowy, że odruchowo włączany „kierunkowskaz”, uruchamia mi tutaj wycieraczki :D …a kilka godzin, że jednak jadę samochodem „gigantem” i to z napędem na tylną oś, w porównaniu do dotychczas testowanych. Tak więc suma summarum cieszyłem się, że pierwsze dwadzieścia kilometrów z centralnej części Sydney do Liverpool jechałem jednak w profesjonalnej kolumnie, za samochodem prowadzonym przez stróża prawa.
W domu planowany był jeszcze ostatni posiłek – obiad przygotowany przez Anię, załadunek jedzenia, picia i całego bagażu do samochodu, czułe pożegnanie na trzy tygodnie rozstania i pora wsiadać do samochodu. Jasne, że od strony pasażera, gdzie ku mojemu kolejnemu zdziwieniu nie znalazłem kierownicy. Pierwszy odcinek jako, że był pierwszy i rozpoczynał się po godzinie trzynastej, nie był jak na tutejsze warunki najdłuższy – trochę ponad 460km. Miejscem odcelowym było miasteczko Thredbo, w parku narodowym Kościuszko.
Miejscowość ta jest typową zimową wioską narciarską (tak, tak, też się zdziwiłem bo w tych górach o dziwo można uprawiać ten sport w nasze lato). Jest to też jedno z dwóch miejsc, z których prowadzi szlak na najwyższą górę w Australii, nazwaną od nazwiska naszego rodaka jakby nie było – idealne miejsce na start wycieczki.
Na miejsce campingu, nieopodal miasteczka, dojechałem lekko po godzinie szóstej po południu. Okolica była bardzo ładna, a zbocza gór pokrywał las drzew kompletnie pozbawionych kory i liści. Pozostałość bo zjawisku nazywanym lokalnie „bush fire”, które pozostawia po sobie ogromne połacie wypalonego lasu. Okresowo nasiona zasypane w ziemi (uzyskują tym samym dostęp do światła), odradzając las na nowo. Gdyby jednak kolejny pożar zdarzył się w przeciągu około 20 lat, nowe drzewa nie zdążą wydać kolejnych nasion i teren trwale pustoszeje.
Drugą wspaniałą obserwacją był widok nieba, które nigdy jeszcze nie było tak czarne i nie pokazywało tylu gwiazd tak wyraźnie, w tym części gwiazdozbiorów niewidocznych z półkuli północnej oraz idealnie zarysowanego, świetlistego szlaku Drogi Mlecznej – cudo!
Trzecią rzeczą, której kompletnie się nie spodziewałem był ogromny w górach spadek temperatury nocą. Już kilka godzin po pójściu spać, obudziło mnie przeraźliwe zimno. Cóż, nauczka na przyszłość, że nawet tutaj przydaje się czasem pidżama z długim rękawkiem i/lub kalesony :) – na szczęście samochód wyposażony był również w kołderkę, która bardzo się już pierwszego dnia (nocy) przydała. Choć w tym wypadku, akurat w opcji samochodowej jest sposób alternatywny – odpalenia auta i włączenia klimy przecież…

Dzien 2 (30.01.2011)
Charlotte Pass
Po przestudiowaniu dokładnym przewodnika na dobranoc dnia poprzedniego, dziś skoro świt zapadła decyzja – zobaczę jeszcze więcej niż tylko szczyt i zamiast wspinać się od strony Thredbo (gdzie część początkowa szlaku jest organizowana wyciągiem), podjadę od drugiej strony góry do Charlotte Pass, skąd prowadzi drugi szlak na szczyt. Ddatkowo można go rozszerzyć o trasę szczytami głównego masywu i wizytę nad „Blue Lake” kończąc pętlę w punkcie wyjścia. Całość trasy wraz z podejściem pod szczyt i jezioro – znacznie ponad 20 km.
Trasa sama w sobie poza długością nie należy do zbyt skomplikowanych. W jednej trzeciej prowadzi de facto starą szutrową drogą aktualnie zamkniętą, zamienioną na drogę techniczną, która podprowadza Cię pod sam szczyt. Nieopodal rozpoczyna się już bardziej autentyczny górski szlak wiodący głównym masywem do Jeziora Błękitnego (coś jak nasze Morskie Oko tylko mniejsze).
Wycieczka udała się w idealnych warunkach przy wciąż krystalicznie ciepłym niebie, bardzo komfortowej jak na górskie warunki temperaturze i dosyć mocnym, ale naprawdę bardzo orzeźwiającym wietrze. Po godzinie osiemnastej, kiedy kończyła się kupiona dzień wcześniej dobowa przepustka na teren parku narodowego, byłem już poza jego granicami, ulokowany na kolejnym campingu nieopodal malowniczo położonego nad rozległym jeziorem i jednocześnie u podnóża gór, miasteczka Jindabyne.

Dzień 3 (31.01.2011)
Jindabyne do Toora
Jako już doświadczony po pierwszych dniach lewostronny (by nie powiedzieć lewy) kierowca, zaproponowałem sobie znacznie dłuższą trasę prowadzącą do mieściny Toora tj. w pobliże tym razem najbardziej na południe wysuniętego punku Australii. Droga ta miała już całe „imponujące” 570 km i wiodła przez nadoceaniczne tereny południowego stanu Victoria.
Porę lunchową zaplanowałem sobie w miejscowości Lake Entrance, która faktycznie położona jest pomiędzy południowymi, mierzejowymi jeziorami, a główny szlak spacerowy prowadzi prosto, jakby wyjściem, na rozległą, ciągnącą się od wschodniej do zachodniej strony horyzontu, szeroką i piaszczystą plażę. Super miejsce na obiadowy piknik!

Do miejsca docelowego dojechałem kierując się wzdłuż drogi A1, która w różnych wersjach będzie mnie prowadzić jeszcze przez kilka najbliższych dni, a miejsce campingowe wybrałem tym razem specjalnie z możliwością skorzystania z Internetu WiFi oraz z basenem dla odrobiny relaksu. To pierwsze dało radę i mogłem zamieścić m. in. pierwsze od startu, uspokajające świat wpisy na portalach społecznościowych. Drugie niestety, ze względów higienicznych, nie dało rady - bo woda w basenie była jakaś taka lekko mówiąc mętna ;)
Dzień 4 (01.02.2011)
Tidal River
Z samego rana przejechałem z miejsca noclegu do tytułowej miejscowości położonej zupełnie nieopodal, w centralnej części Wilsons Promontory National Park. Park ten, to wysunięty głęboko w ocean półwysep z najbardziej na południe zlokalizowaną kontynentalną częścią Australii. Jak się też okazało, jest to też teren praktycznie kompletnie dziewiczy. Dystans na jeden dzień nie mógł być dłuższy niestety niż dwadzieścia parę kilometrów (a i to akurat w tymi miejscu, o czym za chwilę, to gruba przesada).
Nie było szans dostania się na najbardziej południowy skrawek lądu w jeden dzień, bo trasa tam, sama w sobie w jedną stronę ma długość właśnie około 20 km i to bynajmniej nie po szlaku tak łatwym i prostym jak ten na górę Kościuszki. Tutaj wszystkie drogi to wąskie ścieżki, gdzie faktycznie trzeba się przedzierać metodą siłową przez zarośla i bardzo sypki, grząski piasek. Nie sprzyja to zdecydowanie pokonywaniu dużych odległości. Dodatkowo tego dnia niebo było praktycznie bezchmurne przy temperaturze grubo przekraczającej 30 stopni już o godzinie dziesiątej rano.
W takich warunkach postanowiłem zrobić małą pętlę, która zaczynała się w Tidal River, prowadziła plażami i skałkami przez nadoceaniczne zatoki Norman i Oberon, dalej w głąb lądu do przecięcia ze szlakiem prowadzącym na Telegraf. Następnie z powrotem w stronę północną, centralną częścią półwyspu, prosto na inny parking oddalony od miejsca startu o jakieś 4 km. Stąd miałem cichą nadzieję znaleźć jakieś źródło transportu do miejsca początkowego.
Zaczęło się przepięknie bo plaże tamtejsze są wyjątkowo urokliwe i pozbawione plażowiczów!! Co chwila widzi się wspaniałe krajobrazy. Po dwóch godzinkach spacerku nastąpiło coś, co jednak nie było wcale takie przyjemne… Kompletnie znienacka stałem się celem ataku jakiejś nadpobudliwej osy, czy pszczoły i tylko traf chciał, że kiedy już dostałem strzał centralnie w policzek, udało mi się jeszcze wyciągnąć żądło napastnika. Skończyło się bez opuchlizny, a tylko na lekkim niedowładzie części twarzy do końca tego dnia.
To jednak nie był ostatni problem bo już koło południa z nieba lał się niemiłosierny ponad czterdziestostopniowy żar, a trasa zaczynała oddalać się od wody i robiła się wyjątkowo szeroka, kompletnie bez skrawka cienia – niczym jak na patelni. Już pięć kilometrów przed jej końcem skończyły się wszelkie zapasy z prawie 2l napoi, a niestety jedyna cywilizacja czekała na linii mety :) Ostatni kilometr marszu już tylko zastanawiałem się, czy z kolejną górką jest już ten parking czy jeszcze nie…
Ostatecznie po ponad czterech godzinach „spacerku” dotarłem na to miejsce. Jedyny odjeżdżający w samą porę van, akurat też był wypożyczony przez backpacker’a, który bardzo chętnie zabrał mnie do Tidal River. Sam skądinąd chciał przejść się stamtąd podobnym szlakiem, więc nawet zadowolony posłuchał w ciągu tej dziesięciominutowej jazdy resztek słów jakie byłem w stanie wydusić tego dnia.
Gdy tylko dotarłem do mojego pojazdu jednym haustem wypiłem kolejną dwu litrową butelkę soku i dokupiłem kilka lodów. Potem jeszcze zimny prysznic na dokładkę – ukrop był maksymalny.
Późnym popołudniem przyszła pora na opuszczenie tego miejsca – bo nocleg w tym parku narodowym był dodatkowo płatny. Ja liczyłem, że po drodze do Melbourne znajdę coś przystępniejszego, plus miałem nadzieję przed zmierzchem zobaczyć jakieś ładne widoki z dalszej trasy.
Było warto bo niespełna 10 km dalej jeszcze na terenie parku, tuż nieopodal drogi pasło się stado KANGURÓW!! Momentalnie dałem więc po hamulcach, co zupełnie nie zrobiło na nich wrażenia. W gruncie rzeczy, dało się podejść bardzo blisko bez kompletnej reakcji z ich strony. Co więcej, kiedy ja robiłem kolejne zdjęcia następny nadjeżdżający samochód zrobił dokładnie to samo, a z niego wyskoczyła cała grupa fotoreporterów. Trzeba powiedzieć, że nie spodziewałem się wytropić kangura tak szybko, szczególnie kompletnym przypadkiem!

Przed zmrokiem, przy coraz większym wietrze, który czasem chciał kompletnie zepchnąć samochód z drogi, udało mi się dojechać do miejscowości Korumburra. Pewnie z jakieś 200km przed Melbourne.
Dzień 5 (2.02.2011)
Korumburra (przez Melbourne) do Apollo Bay
To aby pojechać do Melbourne, było w planie od samego początku. Już wcześniej spotkałem kilka osób, które zarzekały się, że jest tam o wiele lepiej i ładniej niż w Sydney, jak i takie które kategorycznie opowiadały się jednak za wyższością tego drugiego miasta. Nie pozostawało nic innego jak przekonać się samemu.
Oczywiście było to już w zasięgu ręki, a właściwie samochodu. Niemniej wiązało się to też z koniecznością opracowania trasy tak, aby dojechać do samiutkiego centrum, drugiego co do wielkości miasta w Australii, bezbłędnie omijając przy tym wszystkie płatne w tym mieście odcinki i zrobić to wszystko w szczytowym porannym ruchu, „ciężarówką”, trzymając się wciąż złej strony drogi.
Z pomocą przyszła nawigacja, którą to na szczęście zapobiegawczo nabyłem na mojego iPhone’a już prawie rok temu na promocji okolicznościowej w AppStore ;) Spisała się idealnie! Normalnie to samo powiedziałbym o kierowcy – ale nie mi to oceniać… Już po dziewiątej z rana miałem szansę sprawdzić jak naprawdę wygląda to miasto.
Pierwsze wrażenie to takie, że jest to miasto inne, na pewno trochę bardziej przypominające te europejskie, jednocześnie zdecydowanie bardziej „przestrzennie” w centrum. Jednak zatoka, nad którą leży Melbourne, nie wyróżnia się niczym szczególnym w porównaniu z Sydney Harbour i jest do tego po prostu brudna. Plaże są raczej nieciekawe i wąskie, dodatkowo wydają się być jakby na siłę wciśnięte pomiędzy wodę, a linię zabudowy miasta. Co jest pozytywne to z kolei wiele ciekawych architektonicznie budynków i znacznie lepsze warunki komunikacyjne dzięki szerokim i dobrze rozplanowanym ulicom.
Są tu nawet tramwaje, które implikują jeden z najdziwniejszych przepisów drogowych jakie widziałem. Oczywiście nieopatrznie nawet go złamałem – ale słowo honoru, trudno było mi nawet wyobrazić sobie tak absurdalną metodę jazdy. Chodzi o powszechnie znaną sytuację, kiedy tak jak np. w Warszawie są sobie drogi, po których razem z samochodami jeżdżą też tramwaje. Czasem zdarza się, że na skrzyżowaniu trzeba skręcić tak że przecina się szyny. Każdy normalny kierowca oczywiście ustawiłby się na pasie możliwie najbliższym tramwajowemu, poczekał na zielone, przepuścił z oczywistych względów tramwaj, najpewniej przepuściłby też samochody jadące z naprzeciwka i kulturalnie skręcił opuszczając skrzyżowanie. BŁĄD! Tutaj wykonując odpowiednio manewr skrętu w prawo na takim skrzyżowaniu, ustawić się należy nie gdzie indziej, ale na pasie najbardziej po lewej stronie (tym najodleglejszym od tramwaju), włączyć prawy kierunkowskaz, i broń Cię wjeżdżać na zielonym… Czeka się grzecznie, aż ten kolor zgaśnie, po czym wykonuje się co sił i mocy w silniku skręt w prawo – po torze czegoś na kształt haka rzeźniczego (stąd może nazwa „Hook Turn”) – kiedy już bardzo łatwo można się spotkać z samochodami startującymi w poprzek skrzyżowania. Prawdziwa masakra…
Słyszałem w sumie o tym przepisie wcześniej, ale miałem wielką nadzieję uniknąć takich scenariuszy. Nie udało się to i niestety nie udało mi się też wykazać znajomością lokalnego prawa. Kiedy zorientowałem się, że jestem w centrum modelowej sytuacji, było już zdecydowanie za późno na wszelkie korekty. Cóż… trzeba było jechać po naszemu. Spotkało się to wielką dezaprobatą ze strony kilku kierowców wyrażoną piskami klaksonów. Motorniczy prawdopodobnie doznał szoku widząc co się dzieje, ale policji nie było nigdzie w pobliżu, a i z powodzeniem oraz kompletnie bezpiecznie, muszę stwierdzić, można jechać tu „normalnie” (tylko niestety znaki na to nie pozwalają)
Po południu natomiast dojechałem do początku drogi, którą z całą odpowiedzialnością mogę nazwać najbardziej malowniczą trasą jaką jechałem w życiu. Prześlicznie położona Great Ocean Road zaczyna się tuż za miastem Torquay (na południowy zachód od Melbourne) i ciągnie się przez ponad 240km w kończąc w pobliżu Warrnambool bliżej Adelajdy. Co jednak jest po drodze, to już dzień następny…

Dzień 6 (3.02.2011)
Apollo Bay (przez Portland) do Robe
Przejechawszy wczoraj kilkadziesiąt początkowych kilometrów Great Ocean Road (B100) dojechałem na nocleg do miejscowości Apollo Bay. Stąd rozpocząłem najciekawszy odcinek tej trasy. Tutaj akurat jestem przekonany, że nic nie odda wspaniałości tego miejsca tak, jak fotogaleria. Zresztą, zdecydowanie więcej było podczas tego odcinka postojów (czasem co kilkaset zaledwie metrów) niż samej jazdy.
Po drodze są miejsca słynne i znane z każdych katalogów o Australii jak klify: Twelve Apostles, czy Loch Ard Gorge lub London Arch (przed zawaleniem części zwany, London Bridge) Są także setki punktów widokowych odkrywających jeszcze piękniejsze zakątki i zakamarki przybrzeżne tej trasy.
Po przejechaniu umownej granicy, znika tylko jej nazwa – bo na pewno nie zmienia się ilość atrakcji. Tuż koło Portland znajduje się np. miasteczko Cape Bridgewater, w okolicach którego są tak wspaniałe formacje skalne jak Petrified Forest, wydmy piaskowe, a wszystko to na tle jednej z większych elektrowni wiatrowych – wszystko tuż nad oceaniczną przepaścią.
Koniec więc lania wody, zapraszam do oglądania…

Dzień 7 (4.02.2011)
Robe (przez Adelaide) do Port Augusta
Robe jest ostatnim miastem na drodze do Adelajdy, w którym nocowałem. Jest to typowo portowe miasteczko, od którego zaczyna się znacznie inna linia brzegowa. Wody te w odróżnieniu od południowo – wschodniej i wschodniej części Australii nie są już poddane wpływowi ciepłego prądu morskiego. Tym samym, teren te jakkolwiek gorące, pozbawione są znacznej ilości opadów. Stają się przez to suche i bardzo jałowe. Od Robe w stronę północno – zachodnią ciągnie się długa na kilkadziesiąt kilometrów mierzeja, która oddziela kilkunasto-/kilkudziesięciometrowym pasmem nadbrzeżne słone jeziora od pełnego oceanu.
W takiej scenerii około południa dojechałem do stolicy stanu Południowej Australii – Adelajdy. Miasto to wydało mi się również specyficzne, ze względu na znaczną liczbie imigrantów o wybitnie niemieckich korzeniach. Co chwila na ulicy dało się słyszeć ten język. Pewnie też dzięki znacznym wpływom kultury europejskiej miasto to nazywane jest Miastem Kościołów. To trafna obserwacja, szczególnie w relacji do innych miast tego kontynentu. Tutaj budowli sakralnych jest naprawdę sporo.

Główną „atrakcją” tego dnia okazało się być jednak zdarzenie wynikające z prozaicznej chęci opuszczenia samochodu po dotarciu do celu. Nie żeby klamka nie zadziałała, albo zamek się zaciął. Wszystko przebiegło standardowo do momentu, kiedy po uchyleniu drzwi na zgięciu, w szczelinie, gdzie są zawiasy je przytrzymujące – siedział sobie w najlepsze pająk! Cały włochaty, brązowy o rozmiarze mojej dłoni… Co jak co, ale w takich miejscach szczególnie się nie spodziewałem poznać tak dobitnie uroku dzikiej przyrody. Prostą opcją wydawało się strzepnięcie go czym prędzej poza obręb samochodu. Wydawało się…, bo przy pierwszym zbliżeniu, pająk błyskawicznie przecisnął się jakimiś szczelinami do komory silnikowej. Czy był jadowity? – prawdopodobnie nie, bo był to raczej ten z gatunku Huntsman, który jedynie wygląda nieciekawie. Jest to jednak ostatnia rzecz, nad którą zastanawia się człowiek w takim momencie. Pierwszą, która przechodzi mu przez myśl to, czy wylezie mu taka paskuda np. nocą pod kołdrę!?! Ostatecznie nie wylazła ani tej nocy ani do końca wycieczki. Tego dnia jednak, pokazała się jeszcze po drugiej stronie samochodu i uciekła gdzieś pod podwozie. Nie wiem, czy się przesiadła po drodze, czy dała za wygraną kiedy warunki jazdy się znacznie pogorszyły w dniach następnych. Niemniej dała spokój – co nie znaczy, że to było ostatnie, ani najgorsze spotkanie z pająkami, ale o tym kiedy indziej! ;)
Ten dzień i jednocześnie pierwszy tydzień wyprawy zakończył się w Port Augusta. Mieście w którym krzyżują się główne drogi: wschód – zachód i północ – południe. Idealnie bo przyszły tydzień to najgłębszy interior kontynentu. Będzie gorąco, lecz tu właśnie zaczyna padać…!

Komplementarny materiał video dla przypomnienia standardowo na kanale YouTube:
OdpowiedzUsuńhttp://www.youtube.com/user/garycki
Garus, zdjecia niesamowite ale widok Schnee-Kanonen w takim upalu - bezcenne. A co do jazdy po wlasciwej, lewej stronie jezdni - zgadzam sie z Toba w 100% - piece of piss. Caly swiat powinnien jezdzic po lewej stronie a bylo by lepiej, radosniej, mniej wojen, mniej deszczu, itp itd. Pozdrawiam i czekam na kolejny material.Bencki
OdpowiedzUsuńHej Garus,
OdpowiedzUsuńdzieki ze tyle zdjec i tekstu zamiesciles. Taka Great Ocean Road to po prostu miod na moje oczy. Wlasnie z Magda sobie pomyslelismy o tym ze najlepiej by bylo wszystko tu porzucic czym predzej tam pojechac.
Przepieknie. Bedziesz to wspaniale wspominac i nikt Cie nie zrozumie poki sam tam nie pojedzie.
Ciesze sie ze tam jestes. Koniecznie wykorzystaj szanse w Nowej Zelandii - tam odleglosci mniejsze i mozna wiecej spacerow zrobic.
pozdr!!!!!
M.
ten film jest dobry:
OdpowiedzUsuńhttp://www.youtube.com/user/garycki#p/u/2/mSoA-t_CXFA
może nie powinnam się z tego śmiać ale kiedy mówisz "wspaniały widok" w kadr wchodzi taka pani hmmm raczej o Rubensowskich kształtach
Czy to znaczy, że powinienem wytłumaczyć się jeszcze z moich preferencji? A co z koncepcją, że im więcej tym lepiej?! ...zresztą wiesz jak jest, każdy zazdrości drugiemu tego czego sam nie ma ;)
OdpowiedzUsuńMaciej, super się czyta. Widoki cudowne, pająki obrzydliwe, zasady drogowe dziwne... czekam na part 2..
OdpowiedzUsuń