środa, 23 lutego 2011

One Thousand and One Nights (Part II)

Dzień 8 (5.02.2011)

Port Augusta do Coober Pedy

Już wczoraj dojeżdżając do Port Augusta zaczynało się bardzo mocno chmurzyć, by na kilkanaście kilometrów przed miastem solidnie się rozpadać. Ostatecznie, gdy po godzinie ósmej zajechałem do miasta, padało już tak, że nie sposób było przejść nawet kilku metrów z samochodu do parkingowej recepcji bez wyjęcia parasola, aby nie przemoknąć do suchej nitki. Kiedy zaparkowałem na przeznaczonym mi miejscu było już całkiem ciemno, a ja po przejechaniu całkiem sporego kawałka trasy tego dnia, byłem już dosyć zmęczony, więc od razu postanowiłem iść spać.

Nie był to jednak taki sen, jaki mógłbym sobie wyobrazić, bo jak się właśnie wówczas okazało, spanie w samochodzie przy wszystkich jego zaletach względem np. namiotu, ma też w takich warunkach zasadniczą wadę. Każda jedna kropelka spadając na blaszany dach, na pewno nie przesiąka ale tuż poniżej przeistacza się w całkiem spory hałas. Dziesiątki więc takich kropli spadało każdej sekundy w większym lub mniejszym natężeniu, dudniąc wewnątrz nieprzerwalnie przez całą noc. Nie powiem, żebym się jakoś super wyspał.

Pierwotny plan był taki, że chciałem się zatrzymać na tę sobotę w Port Augusta. Miasto jest słynne co prawda głównie z tego, że właśnie tutaj krzyżują się główne szlaki komunikacyjne Australii. Dodatkowo jest dużym miastem portowym. Łącznie powodowało to to, że było też najtańszym miastem Australii jakie do tej pory widziałem – całkiem korzystnie, aby np. uzupełnić braki i zatankować bak do pełna przed ruszeniem w głąb pustynnego lądu.

Gdy tylko nastał ranek zrewidowałem swoje zamysły. Szczerze, byłem trochę zdegustowany tym miejscem po dwunastu godzinach nieprzerwanego deszczu, a przerywanej co chwila pobudkami nocy. Pomyślałem sobie, że oczywiście pada pewnie tylko tutaj przy morzu i jak odjadę autostradą na północ to zaraz sceneria się kompletnie odmieni i pokaże się słoneczko! Dojechałem do wylotowego skrzyżowania, zatankowałem do pełna bezołowiowej za jedynego 1,25 AUD (najtaniej jak dotychczas widziałem w Australii i znacznie taniej niż w Polsce), po czym ruszyłem prosto w stronę Coober Pedy. Przede mną było z 540 km drogi, w trakcie której mija się literalnie dwie stacje benzynowe, jedzie wzdłuż jedynej drogi prowadzącej w poprzek Australii, i czasami widzi się tylko linię kolejową poprowadzoną równolegle w tym samym kierunku. Poza tym nie spodziewałem się niczego inne niż pustynne krajobrazy.

Bardzo się pomyliłem, jak się wkrótce okazało! Kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego co dzieje się dalej, przejechałem tym razem najgorszy odcinek trasy w moim życiu. Z oczekiwań na rychłą poprawę warunków nic nie wyszło. Pogoda pogorszyła się wręcz do takiego stopnia, że miejscami nawet w godzinach południowych, było ciemno jak w nocy. Deszcz rozpadał się taki, że wycieraczki nie nadążały pracując na najszybszym biegu. Przed niektórymi odcinkami drogi tylko zastanawiałem się jak głębokie są przepływające przez nią strumienie i czy tylko wykąpię kompleksowo podwozie samochodu, zaleję silnik i już tam zostanę, a może skończę porwany przez nurt na dachu samochodu w jakimś rowie.

Samopoczucia ani sytuacji nie poprawiał fakt, że w takich warunkach po pierwsze wyjątkowo rzadko widzi się kogoś przejeżdżającego obok. Po drugie kompletnie nie ma zasięgu telefonii komórkowej, więc o rozmowie z Rodziną podobnie jak i z numerami ratunkowymi można zapomnieć bez telefonu satelitarnego. Po trzecie - od pewnej krytycznej pokonanej odległości, nie ma co nawet myśleć o zawracaniu, bo w baku zostaje tyle paliwa, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest i tak jazda dalej (pomimo, że bladego pojęcia nie miałem co mnie czeka po drodze).

Ostatecznie cały spocony z wrażenia, bynajmniej nie bijąc rekordy prędkości, ujrzałem pojawiające się coraz częściej usypane stożki na pustyni. Tak właśnie miała wyglądać cała okolica miasta Coober Pedy, które słynne jest na całym świecie z wydobycia opali. Poza tym nie sądziłem znaleźć tam nic szczególnego. Nagrywając jedyny tego dnia krótki filmik z okazji dotarcia do celu, nie wiedziałem jeszcze jak bardzo się już drugi raz tego dnia pomyliłem…


Dzień 9 (6.02.2011)

Coober Pedy

Ten dzień miał przynieść, jak się wkrótce okazało, największy szereg niespodzianek w trakcie całej tej wyprawy.

Pierwsze co zrobiłem rano, to udałem się do recepcji parku samochodowego, w którym zatrzymałem się tuż po dotarciu wczoraj na miejsce. Tym razem chciałem zasięgnąć rady przed kolejnym odcinkiem Stewart Highway, którym miałęm zamiar dojechać do Alice Springs. Idąc już tam, nie spodziewałem się wiele, bo deszcz jak padał tak padał – już drugą dobę! Pani z obsługi tylko potwierdziła moje obawy. Kiedy wchodziłem właśnie kończyła drukować faks z centrum meteorologicznego mówiący o deszczach co najmniej do jutra rana i zalaniach autostrady zarówno po południowej jak i północnej stronie, w którą to chciałem jechać…

Nie było wyjścia innego jak tylko przeczekać tutaj jeden dzień ekstra i może znaleźć sobie jakieś konstruktywne zajęcie. Tylko, co to mogłoby być w górniczym miasteczku w niedzielę, a na dodatek w środku ulewy?!

Na szczęście w większości miast tak i tutaj zrobiona jest w Australii świetna pod kątem turystycznym inicjatywa – centra informacyjne dla odwiedzających. Tutaj dowiedziałem się czegoś niesamowitego – 70% miasta jest pod ziemią! Okazuje się, że w wydrążonych szybach kopalń, temperatura utrzymuje się na stałym, komfortowym poziomi 23-25 stopni Celcjusza. Jednocześnie skały są bardzo wytrzymałe i kompletnie nie podatne na zawalenia, tym samym nie ma potrzeby używania żadnych wzmocnień konstrukcji, czy belek wspierających. Pozwala to bezproblemowo na wiercenie szerokich i wysokich podziemnych komór. Najlepsze natomiast jest to, że nic nie stoi na przeszkodzie w miarę rozwoju potrzeb lokalowych wykopać sobie bardzo szybko kolejny pokój, salon, czy sypialnię albo „dobudować” całe poziomy już raz kupionego mieszkania. Kosztuje to tyle ile praca maszyny górniczej i tzw. „blowera” który jak wielki odkurzacz wysysa na powierzchnię cały gruz – nie płaci się od metra, nie potrzeba żadnych zezwoleń. Jedyny przepis, to aby pozostawić 4m grubości do najbliższej ściany sąsiada.

Tak więc pod ziemią, ludzie mają tutaj doprowadzony prąd, wodę i Internet. Malują ściany, wieszają na nich plazmy i wstawiają stoły bilardowe do pokoju rozrywek. Tak samo pod ziemią są kościoły, muzea, część sklepów, hoteli i barów. Wszystko to w oczywisty sposób rozwiązało problem deszczu!

Inną niewątpliwą atrakcją miasta są wspomniane wcześniej opale i „didgeridoos”. Opale będą jeszcze szerzej opisane za kilka dni, bo przez to miasto będę jeszcze wracał, a w niedzielę i tak większość sklepów z nimi była zamknięta. Didgeridoos natomiast, to takie jakby trąby aborygeńskie, w oryginalnej wersji każda jest niepowtarzalna, a wynika to z faktu, że dźwięk wydobywający się z niej jest skutkiem unikalnego wydrążenia różnego rodzaju pni drzew przez termity. Zewnętrzny zaś wygląd, to efekt specyficznego malowania, jakie nadawane jest przez artystów aborygeńskich tym instrumentom. Tutaj było prawdziwe zagłębie tego typu atrakcji, w tym największa, ponad trzy metrowa tego typu „trąba” na świecie. Żałowałem bardzo, że taki oryginalny souvenir, a niektóre z nich to prawdziwe dzieła sztuki, zaczynają się od grubych setek dolarów za sztukę, a kończą na dziesiątkach tysięcy nawet! Jedyne co w takiej sytuacji mogłem zrobić to spróbować na nich zagrać. To bez opanowania techniki „circular breathing” skazane jest na porażkę więc zostałem przy kawie wypitej w ich otoczeniu, a także w towarzystwie bardzo sympatycznej pary czesko – słowackiej, która w swojej podróży również utknęła w tym miejscu podobnie jak ja.



Dzień 10 (7.02.2011)

Coober Pedy do Alice Springs

Po dniu pełnym wrażeń, w poniedziałek pogoda poprawiła się na tyle, że droga na północ stała się przejezdna. Do tego czasu już dowiedziałem się, że to całe zamieszanie atmosferyczne wynikało z cyklonu Yasi, który uderzył kilka dni temu w odległe o kilka tysięcy kilometrów, północno – wschodnie wybrzeża stanu Queensland. Zdziwiło mnie to początkowo bardzo, ale potem faktycznie nabrało sensu, kiedy to okazało się że tropikalny potwórz zmienił się nad lądem w gigantyczny front, który w kolejnych dniach przechodził ze wschodu na zachód przez całą Australię, a ja znalazłem się nieopatrznie w samym środku tej ścieżki.

Do Alice Springs pozostało natomiast jeszcze ponad 740 km, co z samego rana wymusiło obowiązkowe tankowanie do pełna baku tym razem już za 1,52 AUD za litr. Zasięg mojego samochodu jak się okazało w trakcie jego użytkowania wynosił od 450 do 500 km jazdy po trasie w zależności od warunków i tego czy włączyłem klimatyzację czy nie. :) Wiedziałem więc już wtedy, że jeszcze po drodze trzeba będzie go dotankować w jakimś przydrożnym zajeździe z benzyną.

Droga była już bezdeszczowa, chociaż zdarzało się wielokrotnie, że przejeżdżałem zamiast drogą to de facto rozlewiskiem wodnym – na tyle jednak płytkim, że mój samochód z napędem na dwa koła dawał sobie z nimi radę. Jadąc w ten sposób około godziny czternastej przekroczyłem granicę Terytorium Północnego. To pewnie nie przypadek, że ta część Australii jest trochę dziwnie nazwana, kiedy stolicą tego terenu i praktycznie jedynym „większym” miastem jest tu Darwin leżące 1 500 km dalej i mające „aż” niecałe 110 tys. mieszkańców. Dla formalności obszar ten – co nie każdy może wie – nie ma też statusu pełnoprawnego stanu Australii, a podlega pod rząd federalny. Podobna historia nota bene ma tu miejsce z malutkim cypelkiem - Jervis Bay, przez odkupienie którego formalnie Australijskie Terytorium Stołeczne z Canberrą może szczycić się dostępem do morza ;)

Wracając natomiast do meritum, pierwszym mikro-miasteczkiem tutaj jest Kulgera, od której pozostaje jeszcze 270 km do Alice Springs. Tutaj obowiązkowe dotankowanie za niebotyczną kwotę 1,72 AUD i tak z wiarą, że zatankowałem najlepszą benzynę świata, dojechałem drogą, po której dla odmiany wolno jeździć 130 km/h (w odróżnieniu od zwyczajowych 100 lub 110km/h w innych stanach) do Alice Springs. Byłem tam po godzinie czwartej popołudniu.

Standardowo miałem już wcześniej upatrzone miejsce postojowe na noc. Tym razem pokusiłem się o lokalizację z dostępem do prądu, kiedy okazało się, że Pani chce mi i tak dać 50% zniżki. Wjechałem na teren campingu i znalazłem sobie jakieś w sumie pierwsze lepsze miejsce do zaparkowania. Kilka minut potem przeżyłem chwilę grozy, gdy tylko otworzyłem puszkę z prądem… Trzymając w jednej ręce kabel a drugą podnosząc wieczko moim oczom ukazał się hasający sobie w najlepsze w środku, maksymalnie 5 cm od mojego palca, niepozorny, dość mały czarny pajączek z krwistoczerwoną pręgą na tyle. Nie sposób w ułamku sekundy było nie skojarzyć go z najwyższym wierszem tablicy, pokazywanej tu już dzieciom w przedszkolach. W sąsiedztwie dwóch innych pobratymców o wątpliwej reputacji oznaczony jest tam „Redback”, również czerwonym kolorem, jako „Deadly and Dangerous”. Nie więcej niż 5 sekund później, bijąc wszelkie rekordy prędkości, byłem już zaparkowany na przeciwległym końcu parkingu.

Aby ochłonąć, poszedłem jeszcze tego dnia przejść się i obejrzeć miasto. To niestety również nie napawało zbytnim optymizmem. Jak się okazało Alice Springs faktycznie jest jedynym miejscem na pustkowiach środkowej Australii, które można nazwać miastem. Jego charakter jednak jest bardzo specyficzny. Wszystko dlatego, że większość ludzi którą mija się na ulicach to Aborygenie, pracują natomiast wyłącznie ludzie o pochodzeniu postkolonialnym. To, że się mija, a nie spotyka w sumie najlepiej oddaje fakt, że Aborygenie po prostu snują się tutaj po ulicach. Często w grupach koczują na parkingach, w najlepsze rozpalając np. ogniska przed supermarketem, śpią na chodnikach, czy w korycie (wyschniętej rzeki). W większości faktycznie nie można się z nimi dobrze porozumieć po angielsku, a efektem tego wszystkiego jest niesamowity wręcz kontrast jaki czuje się w tym miejscu. To tak jakby w przedziwnym miejscu spotkały się dwa kompletnie różne światy i teraz widzi się twór złożony z tych trzech elementów, który jest tak samo niewiarygodny, co wyjątkowo abstrakcyjny!



Dzień 11 (8.02.2011)

Alice Springs do Yulara

Tego dnia bardzo oczekiwałem. Yulara to tak naprawdę jeden resort, do którego dojeżdża się odbijając 250 km na zachód od Stewart Highway, w miejscowości oznaczonej Erldunda, kolejne 200 km na południe od Alice Springs. Tam właśnie, całkowicie na pustyni został stworzony kompleks z trzema hotelami, parkiem samochodowym, campingiem, jedyną stacją benzynową (Shell) i supermarketem oraz drogą na kształt okręgu, po której w kółko jeżdżą autobusy przewożące ludzi do tych oddalonych od siebie raptem o 100m lokacji… Nie było by tam nic interesującego, gdyby nie Park Narodowy Uluru – Kata Tjuta, położony tuż obok. W nim natomiast słynne skały, w tym ta jedna, znana powszechnie i zaliczana m. in. przez UNESCO do Obiektów Światowego Dziedzictwa.

Szokiem, doznanym po drodze, nie było nawet to, że jeszcze drugi dzień po wspominanych ulewach, gdzieniegdzie jechało się przez rozlewiska, mimo solidnych trzydziestostopniowych temperatur w ostatnich dniach. Większe wrażenie zrobiła na mnie osiągnięta tu absolutnie rekordowa cena 1,79 AUD za liltr, co już jest wartością nie tylko ponad 40% wyższą niż średnia w okolicach Sydney, ale i znacznie wyższa w przeliczeniu na jednostkę niż cena bezołowiowej w Polsce. Dodatkowo paliwo to nazywa się tu „Opal Fuel”, a nie „Unleaded” i jest specjalnie stworzoną mieszanką pozbawioną aromatu, przy zachowaniu wszystkich pozostałych parametrów. W Terytorium Północnym jak i pozostałych głównie zamieszkałych przez Aborygenów terenach taka bezwonna benzyna, została wymyślona chyba na przełomie lat 70/80-tych przez BP, zastępuje zwykłe paliwo – tak, aby autochtoni nie mogli się jeszcze dodatkowo szprycować wąchając płyn z kanistra. Było to jak się dowiedziałem plagą wśród tej grupy mieszkańców Australii.

Wjazd do parku narodowego kosztuje 25 AUD i pozwala na dowolną liczbę wizyt przez trzy dni z rzędu. Wymusza jednak opuszczenie parku, tuż po zachodzie słońca, a ponowny wjazd nie wcześniej niż chwilę przed świtem. Zapewnia to oczywiście resortowi w Yularze stały dopływ klientów i korki na parkingach w parku narodowym głównie o tych porach, kiedy to wszyscy chcą zobaczyć zachód i wschód słońca nad Uluru (zwaną też Ayers Rock). Niemniej, pozwala także Aborygenom w spokoju przeprowadzać ich nocne ceremonie i obrzędy (o których treści i formie do końca nie wie nikt).

Tamtego dnia pierwszy raz wjechałem do parku a po drodze minąłem jeszcze jedną słynną masywną górę – Mount Connor. Muszę przyznać, że ten park narodowy jest naprawdę dobrze zorganizowany i oznaczony. Istnieją w nim dwie główne trasy jedna prowadząca do i wokół Uluru (w tym na specjalnie zlokalizowane punkty widokowe) i druga ciągnąca się pod skały Kata Tjuta. Tam, asfaltowy odcinek łączy się z gruntową drogą Great Central Road – trasą która prowadzi w poprzek przez serce kontynentu, aż po Laverton, a stamtąd dopiero kolejną asfaltową nawierzchnią do Perth. Niestety ze względu na jakość tej drogi w relacji do mojego pojazdu, podróż tędy musiała zostać wykluczona :-( Ale kto wie, może jeszcze kiedyś i te 1 130km stanie się częścią innej przygody!



Dzień 12 (9.02.2011)

Yulara do Coober Pedy

Z samego rana, wsiadłem czym prędzej do samochodu, abym mógł i ja załapać się na pierwsze promienie słoneczne oświetlające wschodnią część skały. Właśnie wtedy okazało się, że jest tutaj masa turystów z całego świata. Dzień wcześniej w środku dnia, kompletnie tego nie było widać. Najważniejsze jednak, to że udało się zdążyć i podziwiać jedyny w swoim rodzaju widok.


Reszta tego dnia to już tylko powrót przez 740km, znaną trasą na trzeci mój nocleg w Coober Pedy – tym samym miasto to stało się poza moim ulubionym, także rekordzistą w kategorii ilościowej – pod względem najdłużej odwiedzanego miejsca, całej tej wyprawy.

Tym razem miało być jeszcze kilka słów o największym skarbie tego terenu – opalach. A są to kamienie (krzemiany), w niektórych odmianach jak głównie tutaj – szlachetne. O dziwo zawartość zescalonej w nich wody wynosi nawet do 20%. Dzięki temu dają specyficzne, najbardziej pożądane zjawisko – rozszczepianie światła na wiele barwnych refleksów w zależności od struktury kamienia. Jak się dowiedziałem w jednym ze sklepów, które jest także muzeum górnictwa i hotelem jednocześnie (wszystko pod ziemią oczywiście), wartość kamieni zależy właśnie od jakości i mnogości kolorów, struktury, przejrzystości i tła na jakim zbudowany jest mineraloid. Wielkość w tym przypadku w odpowiednich warunkach może mieć drugorzędne znaczenie, a o wiele więcej zależy od płaszczyzny cięcia i szlifowania kamienia. Ciekawe jest również to, że opale z czasem podlegają samoistnemu procesowi utraty wody (dehydryzacji), co powoduje ich ciemnienie, czasem pękanie. Proces ten jest oczywiście bardzo niekorzystnym zjawiskiem, które można zminimalizować przy zachowaniu odpowiednich warunków noszenia i przechowywania.

Dzień 13 (10.02.2011)

Coober Pedy do Port Lincoln

Kiedy okazało się, że po trzecim razie w Coober Pedy, miasto to znałem jak własną kieszeń – postanowiłem skoro świt ruszyć dalej, aby nie marnować ani chwili czasu. Powrót na południe oznaczał po pierwsze znacznie bardziej komfortowe, szczególnie dla spania w samochodzie, warunki klimatyczne. Oznaczał także ponowny przejazd tą samą trasą do Port Augusta. Stwierdziłem, że może warto by jednak nie powtarzać schematu zatrzymując się drugą noc z rzędu we wcześniej już odwiedzonym miejscu, a pojechać prawie 300 km dalej do Port Lincoln. Szczególnie, że wiedziałem, iż robiąc planowaną pętlę po zachodniej od Stewart Highway części Australii i tak siłą rzeczy będę musiał przejechać jeszcze raz przez Port Augusta.

Tego dnia było wyjątkowo gorąco i klimatyzacja ledwo dawała radę chodząc na pełnych obrotach. A telefon wraz z nawigacją, wiszący w pełnym słońcu pod przednią szybą samochodu, pierwszy raz w swojej karierze wyświetlił ostrzeżenie o przegrzaniu, po czym wyłączył się dla ochłody. Na szczęści droga była prosta, jak przysłowiowy drut, więc bezproblemowo, z okresowymi przystankami, przejechałem prawie 880 km.

Późnym popołudniem dojechałem na miejsce. Miasto jest jednym z większych portów morskich, utworzonym przez naturalne ukształtowanie Boston Bay. Wyjątkowo pięknie prezentował się z tutejszego mola zachód słońca, który rozświetlał na niespotykanie głęboki różowy kolor chmury. Nadciągnęły one wieczorem tego dnia nad zatokę. Od miejsca, w którym zaparkowałem samochód do wód zatoki było dosłownie tylko 20m trawnika. Obszar do kąpieli był natomiast osiatkowany, w ochronie przed morskimi drapieżnikami, i znajdował się głęboko w połowie mola. Stamtąd jakieś dzieciaki mając świetną zabawę do późnej nocy – skakały do wody, po czym wchodziły po drabince na górę i cykl w kółko się powtarzał.



Dzień 14 (11.02.2011)

Port Lincoln (przez Coffin Bay) do Ceduna

Rano okazało się że z chmur, które przyszły wczorajszego wieczora, rozpadał się deszcz. Nieco później przemienił się w on w mżawkę, wciąż było jednak nieprzyjemnie. Doświadczony już taką pogodą nie zraziłem się i pojechałem do pobliskiej, oddalonej o nieco ponad 40 km miejscowości Coffin Bay. Małego miasteczka, którego wielką zaletą jest położenie – tuż przy wejściu do pięknego Parku Narodowego o tej samej nazwie.



Pogoda niestety pogarszała się, a 90% terenów tego miejsca dostępna jest tylko dla samochodów z napędem na cztery koła, zrezygnowałem więc z pomysłu pozostania tam na cały dzień, a skierowałem się do najbardziej odległego na zachód miasta Południowej Australii – Ceduny. Miałem nadzieję, że to oddalone o około 300 km miejsce będzie bardziej atrakcyjne.

Póki co jednak, to co tam zastałem oraz jak się moja podróż zakończyła - to wszystko w kolejnej ostatniej już części. Fotogaleria zawiera natomiast kilka zdjęć poglądowych.


wtorek, 22 lutego 2011

Moby-Dick

Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się pogodnie, ale też nie zapowiadał tego, co wydarzyło się w okolicach tutejszego południa. Całkiem nieopodal, bo na Nowej Zelandii, do której się przecież wybieram już za 5 dni, miało miejsce trzęsienie ziemi. Skala jego to 6,3 stopnia Richtera, a pochłonęło ono na obecną chwilę ponad 60 potwierdzonych istnień ludzkich. Jest to kolejny kataklizm, który w ostatnich miesiącach nawiedza niestety ten rejon świata. W obliczu tej tragedii na bieżąco śledzę więc sytuację i czekam, co będzie dalej. Póki co, niepokojące jest również to, że na dziś wstrzymano wszystkie loty do Nowej Zelandii, rezerwując przestrzeń lotniczą dla specjalistycznych maszyn i potrzeb ratowniczych.

Pierwotnym wydarzeniem dnia miało być natomiast wyjątkowe i bardzo spektakularne zawinięcie do Sydney jednocześnie dwóch wielkich statków: pierwszego rejsowego „Queen Elizabeth” i drugiego liniowego „Queen Mary 2”. De facto w kategorii statków pasażerskich ten drugi jako liniowiec (statek wykonujący regularne rejsy, w tym wypadku głównie na trasie transatlantyckiej) jest największą tego typu jednostką na świecie przy ponad 3 000 zabieranych pasażerów. „Queen Elizabeth, mimo że nowsza – bo nie obchodziła jeszcze rocznicy swojego dziewiczego rejsu, jest pod tym względem nico mniejsza z maksymalną ilością nieco ponad 2 500 miejsc pasażerskich. Obydwa statki jednak, dla porządku rzeczy i pełnego obrazu w kategorii generalnej statków pasażerskich nie umywają się do aktualnego rekordzisty – kolosa pływającego po Karaibach: „Oasis of the Seas”, który potrafi jednorazowo zabrać nawet 6 000 samych pasażerów!!!

Jeden zacumował w głównym międzynarodowym porcie w pobliżu samego Harbour Bridge, drugi z oczywistych względów braku miejsca, wpłynął do wcześniejszej zatoki na teren przystani wojskowej marynarki wojennej Australii. W dosyć niekorzystnych warunków kompletnie zachmurzonego nieba i siąpiącej mżawki można było jednak bez problemu dostrzec ogrom konstrukcji i potęgę maszyn, szczególnie kiedy koniecznym było udanie się na przeciwległy brzeg zatoki skąd ledwo można było objąć cały statek kadrem aparatu.



Miała być zapowiadana krótka przerwa – więc oto była… Tymczasem jutro, zgodnie z harmonogramem, część druga wielkiej opowieści głównie o niewiarygodnie odizolowanym i dzikim interiorze kontynentu. Pojutrze wszystko na to wskazuje, w końcu będzie okazja wybrać się na, wspomnianą na samym początku, kultową dla Sydney plażę – Bondi. Do jutra!

poniedziałek, 21 lutego 2011

One Thousand and One Nights (Part I)

Dzien 1 (29.01.2011)

Sydney do Thredbo

W sobotę nastał długo wyczekiwany dzień. Umówiliśmy się z Ulą, że po 10 am, kiedy tylko otwierają wypożyczalnię, podwiezie mnie po samochód. Wszystko poszło całkiem sprawnie do momentu demonstracji auta. Nie chodzi mi o to, że czegoś brakowało – bo wszystko było na miejscu: idealnie wpasowana w konstrukcję samochodu lodóweczka, kucheneczka, zlewozmywak i rozkladane podwójne łóżko. Naprawdę tak jak mówiono była klimatyzacja (ale bez automatycznej stabilizacji temperatury) i odtwarzacz DVD z małym wyświetlaczem plus, co okazało się bardzo przydatne, wentylatorek w tylnej części (mieszkalnej) pojazdu, jak i ogromny otwierany szyberdach. Rzeczy, której mi „brakowało” to np. wajcha zmiany biegów… no tak wiedziałem, że ma być automatyczna, ale i tak chciałem czymś przestawić z pozycji parkuj na jedź na przykład. Jakież było moje uradowanie i zakłopotanie jednocześnie, kiedy Pani obsługująca wyjaśniła mi, że jedna z manetek za kierownicą właśnie do tego służy ;) No nic, potem poszło już łatwo i tylko pierwszy raz przy wyjeździe z wypożyczalni dokładnie wiedziałem, że chcę wyjechać w lewą stronę (tu to łatwiejsza opcja) ale w afekcie spojrzałem się kontrolnie również w tą samą (czyli tu bez sensu) i musiałem się potem dosyć streszczać, kiedy de facto, lekko wymusiłem pierwszeństwo na nadjeżdżającym z prawej Mercedesie. Potem to już się nie zdarzało, bo do samej jazdy po lewej momentalnie można się przestawić moim zdaniem. Kilka dni zajmuje tylko wbicie sobie do głowy, że odruchowo włączany „kierunkowskaz”, uruchamia mi tutaj wycieraczki :D …a kilka godzin, że jednak jadę samochodem „gigantem” i to z napędem na tylną oś, w porównaniu do dotychczas testowanych. Tak więc suma summarum cieszyłem się, że pierwsze dwadzieścia kilometrów z centralnej części Sydney do Liverpool jechałem jednak w profesjonalnej kolumnie, za samochodem prowadzonym przez stróża prawa.

W domu planowany był jeszcze ostatni posiłek – obiad przygotowany przez Anię, załadunek jedzenia, picia i całego bagażu do samochodu, czułe pożegnanie na trzy tygodnie rozstania i pora wsiadać do samochodu. Jasne, że od strony pasażera, gdzie ku mojemu kolejnemu zdziwieniu nie znalazłem kierownicy. Pierwszy odcinek jako, że był pierwszy i rozpoczynał się po godzinie trzynastej, nie był jak na tutejsze warunki najdłuższy – trochę ponad 460km. Miejscem odcelowym było miasteczko Thredbo, w parku narodowym Kościuszko.

Miejscowość ta jest typową zimową wioską narciarską (tak, tak, też się zdziwiłem bo w tych górach o dziwo można uprawiać ten sport w nasze lato). Jest to też jedno z dwóch miejsc, z których prowadzi szlak na najwyższą górę w Australii, nazwaną od nazwiska naszego rodaka jakby nie było – idealne miejsce na start wycieczki.

Na miejsce campingu, nieopodal miasteczka, dojechałem lekko po godzinie szóstej po południu. Okolica była bardzo ładna, a zbocza gór pokrywał las drzew kompletnie pozbawionych kory i liści. Pozostałość bo zjawisku nazywanym lokalnie „bush fire”, które pozostawia po sobie ogromne połacie wypalonego lasu. Okresowo nasiona zasypane w ziemi (uzyskują tym samym dostęp do światła), odradzając las na nowo. Gdyby jednak kolejny pożar zdarzył się w przeciągu około 20 lat, nowe drzewa nie zdążą wydać kolejnych nasion i teren trwale pustoszeje.

Drugą wspaniałą obserwacją był widok nieba, które nigdy jeszcze nie było tak czarne i nie pokazywało tylu gwiazd tak wyraźnie, w tym części gwiazdozbiorów niewidocznych z półkuli północnej oraz idealnie zarysowanego, świetlistego szlaku Drogi Mlecznej – cudo!

Trzecią rzeczą, której kompletnie się nie spodziewałem był ogromny w górach spadek temperatury nocą. Już kilka godzin po pójściu spać, obudziło mnie przeraźliwe zimno. Cóż, nauczka na przyszłość, że nawet tutaj przydaje się czasem pidżama z długim rękawkiem i/lub kalesony :) – na szczęście samochód wyposażony był również w kołderkę, która bardzo się już pierwszego dnia (nocy) przydała. Choć w tym wypadku, akurat w opcji samochodowej jest sposób alternatywny – odpalenia auta i włączenia klimy przecież…



Dzien 2 (30.01.2011)

Charlotte Pass

Po przestudiowaniu dokładnym przewodnika na dobranoc dnia poprzedniego, dziś skoro świt zapadła decyzja – zobaczę jeszcze więcej niż tylko szczyt i zamiast wspinać się od strony Thredbo (gdzie część początkowa szlaku jest organizowana wyciągiem), podjadę od drugiej strony góry do Charlotte Pass, skąd prowadzi drugi szlak na szczyt. Ddatkowo można go rozszerzyć o trasę szczytami głównego masywu i wizytę nad „Blue Lake” kończąc pętlę w punkcie wyjścia. Całość trasy wraz z podejściem pod szczyt i jezioro – znacznie ponad 20 km.

Trasa sama w sobie poza długością nie należy do zbyt skomplikowanych. W jednej trzeciej prowadzi de facto starą szutrową drogą aktualnie zamkniętą, zamienioną na drogę techniczną, która podprowadza Cię pod sam szczyt. Nieopodal rozpoczyna się już bardziej autentyczny górski szlak wiodący głównym masywem do Jeziora Błękitnego (coś jak nasze Morskie Oko tylko mniejsze).

Wycieczka udała się w idealnych warunkach przy wciąż krystalicznie ciepłym niebie, bardzo komfortowej jak na górskie warunki temperaturze i dosyć mocnym, ale naprawdę bardzo orzeźwiającym wietrze. Po godzinie osiemnastej, kiedy kończyła się kupiona dzień wcześniej dobowa przepustka na teren parku narodowego, byłem już poza jego granicami, ulokowany na kolejnym campingu nieopodal malowniczo położonego nad rozległym jeziorem i jednocześnie u podnóża gór, miasteczka Jindabyne.



Dzień 3 (31.01.2011)

Jindabyne do Toora

Jako już doświadczony po pierwszych dniach lewostronny (by nie powiedzieć lewy) kierowca, zaproponowałem sobie znacznie dłuższą trasę prowadzącą do mieściny Toora tj. w pobliże tym razem najbardziej na południe wysuniętego punku Australii. Droga ta miała już całe „imponujące” 570 km i wiodła przez nadoceaniczne tereny południowego stanu Victoria.

Porę lunchową zaplanowałem sobie w miejscowości Lake Entrance, która faktycznie położona jest pomiędzy południowymi, mierzejowymi jeziorami, a główny szlak spacerowy prowadzi prosto, jakby wyjściem, na rozległą, ciągnącą się od wschodniej do zachodniej strony horyzontu, szeroką i piaszczystą plażę. Super miejsce na obiadowy piknik!



Do miejsca docelowego dojechałem kierując się wzdłuż drogi A1, która w różnych wersjach będzie mnie prowadzić jeszcze przez kilka najbliższych dni, a miejsce campingowe wybrałem tym razem specjalnie z możliwością skorzystania z Internetu WiFi oraz z basenem dla odrobiny relaksu. To pierwsze dało radę i mogłem zamieścić m. in. pierwsze od startu, uspokajające świat wpisy na portalach społecznościowych. Drugie niestety, ze względów higienicznych, nie dało rady - bo woda w basenie była jakaś taka lekko mówiąc mętna ;)

Dzień 4 (01.02.2011)

Tidal River

Z samego rana przejechałem z miejsca noclegu do tytułowej miejscowości położonej zupełnie nieopodal, w centralnej części Wilsons Promontory National Park. Park ten, to wysunięty głęboko w ocean półwysep z najbardziej na południe zlokalizowaną kontynentalną częścią Australii. Jak się też okazało, jest to też teren praktycznie kompletnie dziewiczy. Dystans na jeden dzień nie mógł być dłuższy niestety niż dwadzieścia parę kilometrów (a i to akurat w tymi miejscu, o czym za chwilę, to gruba przesada).

Nie było szans dostania się na najbardziej południowy skrawek lądu w jeden dzień, bo trasa tam, sama w sobie w jedną stronę ma długość właśnie około 20 km i to bynajmniej nie po szlaku tak łatwym i prostym jak ten na górę Kościuszki. Tutaj wszystkie drogi to wąskie ścieżki, gdzie faktycznie trzeba się przedzierać metodą siłową przez zarośla i bardzo sypki, grząski piasek. Nie sprzyja to zdecydowanie pokonywaniu dużych odległości. Dodatkowo tego dnia niebo było praktycznie bezchmurne przy temperaturze grubo przekraczającej 30 stopni już o godzinie dziesiątej rano.

W takich warunkach postanowiłem zrobić małą pętlę, która zaczynała się w Tidal River, prowadziła plażami i skałkami przez nadoceaniczne zatoki Norman i Oberon, dalej w głąb lądu do przecięcia ze szlakiem prowadzącym na Telegraf. Następnie z powrotem w stronę północną, centralną częścią półwyspu, prosto na inny parking oddalony od miejsca startu o jakieś 4 km. Stąd miałem cichą nadzieję znaleźć jakieś źródło transportu do miejsca początkowego.

Zaczęło się przepięknie bo plaże tamtejsze są wyjątkowo urokliwe i pozbawione plażowiczów!! Co chwila widzi się wspaniałe krajobrazy. Po dwóch godzinkach spacerku nastąpiło coś, co jednak nie było wcale takie przyjemne… Kompletnie znienacka stałem się celem ataku jakiejś nadpobudliwej osy, czy pszczoły i tylko traf chciał, że kiedy już dostałem strzał centralnie w policzek, udało mi się jeszcze wyciągnąć żądło napastnika. Skończyło się bez opuchlizny, a tylko na lekkim niedowładzie części twarzy do końca tego dnia.

To jednak nie był ostatni problem bo już koło południa z nieba lał się niemiłosierny ponad czterdziestostopniowy żar, a trasa zaczynała oddalać się od wody i robiła się wyjątkowo szeroka, kompletnie bez skrawka cienia – niczym jak na patelni. Już pięć kilometrów przed jej końcem skończyły się wszelkie zapasy z prawie 2l napoi, a niestety jedyna cywilizacja czekała na linii mety :) Ostatni kilometr marszu już tylko zastanawiałem się, czy z kolejną górką jest już ten parking czy jeszcze nie…

Ostatecznie po ponad czterech godzinach „spacerku” dotarłem na to miejsce. Jedyny odjeżdżający w samą porę van, akurat też był wypożyczony przez backpacker’a, który bardzo chętnie zabrał mnie do Tidal River. Sam skądinąd chciał przejść się stamtąd podobnym szlakiem, więc nawet zadowolony posłuchał w ciągu tej dziesięciominutowej jazdy resztek słów jakie byłem w stanie wydusić tego dnia.

Gdy tylko dotarłem do mojego pojazdu jednym haustem wypiłem kolejną dwu litrową butelkę soku i dokupiłem kilka lodów. Potem jeszcze zimny prysznic na dokładkę – ukrop był maksymalny.

Późnym popołudniem przyszła pora na opuszczenie tego miejsca – bo nocleg w tym parku narodowym był dodatkowo płatny. Ja liczyłem, że po drodze do Melbourne znajdę coś przystępniejszego, plus miałem nadzieję przed zmierzchem zobaczyć jakieś ładne widoki z dalszej trasy.

Było warto bo niespełna 10 km dalej jeszcze na terenie parku, tuż nieopodal drogi pasło się stado KANGURÓW!! Momentalnie dałem więc po hamulcach, co zupełnie nie zrobiło na nich wrażenia. W gruncie rzeczy, dało się podejść bardzo blisko bez kompletnej reakcji z ich strony. Co więcej, kiedy ja robiłem kolejne zdjęcia następny nadjeżdżający samochód zrobił dokładnie to samo, a z niego wyskoczyła cała grupa fotoreporterów. Trzeba powiedzieć, że nie spodziewałem się wytropić kangura tak szybko, szczególnie kompletnym przypadkiem!



Przed zmrokiem, przy coraz większym wietrze, który czasem chciał kompletnie zepchnąć samochód z drogi, udało mi się dojechać do miejscowości Korumburra. Pewnie z jakieś 200km przed Melbourne.

Dzień 5 (2.02.2011)

Korumburra (przez Melbourne) do Apollo Bay

To aby pojechać do Melbourne, było w planie od samego początku. Już wcześniej spotkałem kilka osób, które zarzekały się, że jest tam o wiele lepiej i ładniej niż w Sydney, jak i takie które kategorycznie opowiadały się jednak za wyższością tego drugiego miasta. Nie pozostawało nic innego jak przekonać się samemu.

Oczywiście było to już w zasięgu ręki, a właściwie samochodu. Niemniej wiązało się to też z koniecznością opracowania trasy tak, aby dojechać do samiutkiego centrum, drugiego co do wielkości miasta w Australii, bezbłędnie omijając przy tym wszystkie płatne w tym mieście odcinki i zrobić to wszystko w szczytowym porannym ruchu, „ciężarówką”, trzymając się wciąż złej strony drogi.

Z pomocą przyszła nawigacja, którą to na szczęście zapobiegawczo nabyłem na mojego iPhone’a już prawie rok temu na promocji okolicznościowej w AppStore ;) Spisała się idealnie! Normalnie to samo powiedziałbym o kierowcy – ale nie mi to oceniać… Już po dziewiątej z rana miałem szansę sprawdzić jak  naprawdę wygląda to miasto.

Pierwsze wrażenie to takie, że jest to miasto inne, na pewno trochę bardziej przypominające te europejskie, jednocześnie zdecydowanie bardziej „przestrzennie” w centrum. Jednak zatoka, nad którą leży Melbourne, nie wyróżnia się niczym szczególnym w porównaniu z Sydney Harbour i jest do tego po prostu brudna. Plaże są raczej nieciekawe i wąskie, dodatkowo wydają się być jakby na siłę wciśnięte pomiędzy wodę, a linię zabudowy miasta. Co jest pozytywne to z kolei wiele ciekawych architektonicznie budynków i znacznie lepsze warunki komunikacyjne dzięki szerokim i dobrze rozplanowanym ulicom.

Są tu nawet tramwaje, które implikują jeden z najdziwniejszych przepisów drogowych jakie widziałem. Oczywiście nieopatrznie nawet go złamałem – ale słowo honoru, trudno było mi nawet wyobrazić sobie tak absurdalną metodę jazdy. Chodzi o powszechnie znaną sytuację, kiedy tak jak np. w Warszawie są sobie drogi, po których razem z samochodami jeżdżą też tramwaje. Czasem zdarza się, że na skrzyżowaniu trzeba skręcić tak że przecina się szyny. Każdy normalny kierowca oczywiście ustawiłby się na pasie możliwie najbliższym tramwajowemu, poczekał na zielone, przepuścił z oczywistych względów tramwaj, najpewniej przepuściłby też samochody jadące z naprzeciwka i kulturalnie skręcił opuszczając skrzyżowanie. BŁĄD! Tutaj wykonując odpowiednio manewr skrętu w prawo na takim skrzyżowaniu, ustawić się należy nie gdzie indziej, ale na pasie najbardziej po lewej stronie (tym najodleglejszym od tramwaju), włączyć prawy kierunkowskaz, i broń Cię wjeżdżać na zielonym… Czeka się grzecznie, aż ten kolor zgaśnie, po czym wykonuje się co sił i mocy w silniku skręt w prawo – po torze czegoś na kształt haka rzeźniczego (stąd może nazwa „Hook Turn”) – kiedy już bardzo łatwo można się spotkać z samochodami startującymi w poprzek skrzyżowania. Prawdziwa masakra…

Słyszałem w sumie o tym przepisie wcześniej, ale miałem wielką nadzieję uniknąć takich scenariuszy. Nie udało się to i niestety nie udało mi się też wykazać znajomością lokalnego prawa. Kiedy zorientowałem się, że jestem w centrum modelowej sytuacji, było już zdecydowanie za późno na wszelkie korekty. Cóż… trzeba było jechać po naszemu. Spotkało się to wielką dezaprobatą ze strony kilku kierowców wyrażoną piskami klaksonów. Motorniczy prawdopodobnie doznał szoku widząc co się dzieje, ale policji nie było nigdzie w pobliżu, a i z powodzeniem oraz kompletnie bezpiecznie, muszę stwierdzić, można jechać tu „normalnie” (tylko niestety znaki na to nie pozwalają)


Po południu natomiast dojechałem do początku drogi, którą z całą odpowiedzialnością mogę nazwać najbardziej malowniczą trasą jaką jechałem w życiu. Prześlicznie położona Great Ocean Road zaczyna się tuż za miastem Torquay (na południowy zachód od Melbourne) i ciągnie się przez ponad 240km w kończąc w pobliżu Warrnambool bliżej Adelajdy. Co jednak jest po drodze, to już dzień następny…



Dzień 6 (3.02.2011)

Apollo Bay (przez Portland) do Robe

Przejechawszy wczoraj kilkadziesiąt początkowych kilometrów Great Ocean Road (B100) dojechałem na nocleg do miejscowości Apollo Bay. Stąd rozpocząłem najciekawszy odcinek tej trasy. Tutaj akurat jestem przekonany, że nic nie odda wspaniałości tego miejsca tak, jak fotogaleria. Zresztą, zdecydowanie więcej było podczas tego odcinka postojów (czasem co kilkaset zaledwie metrów) niż samej jazdy.

Po drodze są miejsca słynne i znane z każdych katalogów o Australii jak klify: Twelve Apostles, czy Loch Ard Gorge lub London Arch (przed zawaleniem części zwany, London Bridge) Są także setki punktów widokowych odkrywających jeszcze piękniejsze zakątki i zakamarki przybrzeżne tej trasy.

Po przejechaniu umownej granicy, znika tylko jej nazwa – bo na pewno nie zmienia się ilość atrakcji. Tuż koło Portland znajduje się np. miasteczko Cape Bridgewater, w okolicach którego są tak wspaniałe formacje skalne jak Petrified Forest, wydmy piaskowe, a wszystko to na tle jednej z większych elektrowni wiatrowych – wszystko tuż nad oceaniczną przepaścią.

Koniec więc lania wody, zapraszam do oglądania…



Dzień 7 (4.02.2011)

Robe (przez Adelaide) do Port Augusta

Robe jest ostatnim miastem na drodze do Adelajdy, w którym nocowałem. Jest to typowo portowe miasteczko, od którego zaczyna się znacznie inna linia brzegowa. Wody te w odróżnieniu od południowo – wschodniej i wschodniej części Australii nie są już poddane wpływowi ciepłego prądu morskiego. Tym samym, teren te jakkolwiek gorące, pozbawione są znacznej ilości opadów. Stają się przez to suche i bardzo jałowe. Od Robe w stronę północno – zachodnią ciągnie się długa na kilkadziesiąt kilometrów mierzeja, która oddziela kilkunasto-/kilkudziesięciometrowym pasmem nadbrzeżne słone jeziora od pełnego oceanu.

W takiej scenerii około południa dojechałem do stolicy stanu Południowej Australii – Adelajdy. Miasto to wydało mi się również specyficzne, ze względu na znaczną liczbie imigrantów o wybitnie niemieckich korzeniach. Co chwila na ulicy dało się słyszeć ten język. Pewnie też dzięki znacznym wpływom kultury europejskiej miasto to nazywane jest Miastem Kościołów. To trafna obserwacja, szczególnie w relacji do innych miast tego kontynentu. Tutaj budowli sakralnych jest naprawdę sporo.



Główną „atrakcją” tego dnia okazało się być jednak zdarzenie wynikające z prozaicznej chęci opuszczenia samochodu po dotarciu do celu. Nie żeby klamka nie zadziałała, albo zamek się zaciął. Wszystko przebiegło standardowo do momentu, kiedy po uchyleniu drzwi na zgięciu, w szczelinie, gdzie są zawiasy je przytrzymujące – siedział sobie w najlepsze pająk! Cały włochaty, brązowy o rozmiarze mojej dłoni… Co jak co, ale w takich miejscach szczególnie się nie spodziewałem poznać tak dobitnie uroku dzikiej przyrody. Prostą opcją wydawało się strzepnięcie go czym prędzej poza obręb samochodu. Wydawało się…, bo przy pierwszym zbliżeniu, pająk błyskawicznie przecisnął się jakimiś szczelinami do komory silnikowej. Czy był jadowity? – prawdopodobnie nie, bo był to raczej ten z gatunku Huntsman, który jedynie wygląda nieciekawie. Jest to jednak ostatnia rzecz, nad którą zastanawia się człowiek w takim momencie. Pierwszą, która przechodzi mu przez myśl to, czy wylezie mu taka paskuda np. nocą pod kołdrę!?! Ostatecznie nie wylazła ani tej nocy ani do końca wycieczki. Tego dnia jednak, pokazała się jeszcze po drugiej stronie samochodu i uciekła gdzieś pod podwozie. Nie wiem, czy się przesiadła po drodze, czy dała za wygraną kiedy warunki jazdy się znacznie pogorszyły w dniach następnych. Niemniej dała spokój – co nie znaczy, że to było ostatnie, ani najgorsze spotkanie z pająkami, ale o tym kiedy indziej! ;)

Ten dzień i jednocześnie pierwszy tydzień wyprawy zakończył się w Port Augusta. Mieście w którym krzyżują się główne drogi: wschód – zachód i północ – południe. Idealnie bo przyszły tydzień to najgłębszy interior kontynentu. Będzie gorąco, lecz tu właśnie zaczyna padać…!

niedziela, 20 lutego 2011

A Brief History Of Time

Wróciłem! ...a właściwie przyjechałem z powrotem do Sydney po wcale nie tak krótkiej, bo 22-u dniowej objazdówce po kontynencie australijskim. Wychodząc niezwłocznie na przeciw oczekiwaniom (m.in. tych o utrzymaniu standardów „dobrej” telenoweli) i jednocześnie zachowując klasyczną formę - dramaturgia całej wyprawy zostanie opisana w trzech aktach. W swojej treści poprowadzą one bohatera dzień po dniu przez wszystkie możliwe zakamarki i arkany tego odległego świata. Dzięki zachowaniu zasady symetrii będą – mam nadzieję – w równy sposób budziły na nowo wszelkie możliwe emocje każdego minionego tygodnia, ukazując się cyklicznie i chronologicznie, odpowiednio w najbliższy poniedziałek, środę i piątek ;-)

W pozostałe dni, aby nie zanudzić, wprowadzić obowiązkowe przerwy dla zmiany scenografii i podtrzymać wątpliwe napięcie, omawiane będą sprawy bieżące i przyszłe plany związane z miesiącem trzecim - marcem. Zapowiada się kilka rajskich wysepek na Pacyfiku i jedna większa – podobno zielona :-)

W dzisiejszym odcinku natomiast prolog, czyli to na co wszyscy czekają - i Ci "Leserzy", którzy woleli czytać bryki, jak i te "Kujonki", co to kartka po kartce nocami ślęczeli nad lekturami. Będzie krótkie wprowadzenie, które z jednej strony da obraz tego czego można się spodziewać, z drugiej czego wogóle nie warto czytać/oglądać. Do dzieła więc...!

Jak to zazwyczaj bywa są rzeczy, które się udały lepiej i te, które też się udały - ...tylko inaczej ;) Ostateczna trasa wyniosła wg. licznika samochodowego jakieś 8 850 km, a wg. Google'a tyle i wygląła tak...


Jak to widać, porównując powyższą mapkę z wstępnymi wersjami trasy (post ze stycznia), zaszły drobne zmiany. Ostatecznie wyszedł trochę jakby mix pomiędzy ówczesną "Opcją 1" i "Opcją 2". Prowadzi to do wniosku, że były warunki sprzyjające jak i okoliczności negatywne. Zacznijmy więc od tego co się udało, czasem nawet wykonać w dwustu procentach założonego planu.

  • Udało się nie rozwalić auta – to może brzmi banalnie, ale oczywiście znając moje szczęście (i zdolności w tym zakresie;-) co poniektórzy zgodzą się chyba, że jest to niebywały sukces – szczególnie jak się jeździ de facto ciężarówką, a w dodatku to po złej stronie drogi.

  • Udało się zobaczyć wszystko z listy TOP 10 (niektóre miejsca/rzeczy nawet kilka razy i w różnych, czasem bardzo nietypowych warunkach), a pewnie i 90% z listy TOP 50 – to moim zdaniem najważniejsze i mnie osobiście najbardziej cieszy, bo daje unikatowe wrażenia i czasem po milion razy wynagradza wszelkie trudy i wyrzeczenia związane z samym osiągnięciem celu

  • Udało się wytropić kangury! – nie żeby okazało się to wybitnie trudne, ale jak wiemy był to pierwotny, największy i unikalny w swojej istocie cel, któremu podporządkowany był cały blog przecież!! Coś z gatunku ‘ultimate target’, który jak pokażą nadchodzące odcinki został osiągnięty i powtórzony wielokrotnie z udziałem odmiennych gatunków i zachowaniem standardów przyzwoitości, a wszystko w ramach klauzuli o ochronie zwierząt. Nikt z bohaterów powyższych zajść nie odniósł uszczerbku na zdrowiu (wiemy też już, że na pewno nie został przejechany…) i przeszedł ostatecznie nad tym do porządku dziennego J

  • Udało się wrócić i nie odnieść uszczerbku na zdrowiu – to akurat nie było, do końca tak proste jak mogłoby się pozornie wydawać - bo to prawda, że roi się tu od różnego rodzaju stworzeń, z których szczególnie te niepozorne, czasem mogą Cię załatwić na cacy… Niektóre, z nazwijmy je tymczasowo one-shot’ów, okazały się być literalnie na wyciągnięcie ręki!

  • Udało się zmieścić w czasie – to było najtrudniejsze, bo tutaj i pewnie cały rok byłby za krótki jak się okazuje, żeby powiedzieć z całym przekonaniem - dość! Niemniej samochód miał być zwrócony w nieprzekraczalnym terminie godziny drugiej popołudniu dnia wczorajszego tj. 19 lutego 2011 …i został, co zamknęło ten rozdział podróży.

Dla równowagi były też/niestety zdarzenia, które prowadziły do powstania komplikacji, a czasem zmiany pierwotnych planów. Nie zawsze można przewidzieć wszystko, ale w gruncie rzeczy przecież wcale nie trzeba, bo nie o to tu chodzi. Liczy się wyjście z każdej sytuacji, które niejednokrotnie okazuje się być co najmniej tak samo atrakcyjne, czy ekscytujące jak zakładane uprzednio.

  • Nie udało się pojechać dalej, zobaczyć więcej, dłużej być w drodze… – bo po prostu istnieją ograniczenia zarówno te materialne, jak i te fizyczne. Z zakładanych przeszło 12 tys. km ostatecznie zrobiło się niecałe 9 tys. Nie dojechałem przez to np. do Perth, miasta na zachodnim brzegu Australii, które w sumie też bardzo chciałem zobaczyć. Niemniej dzięki temu mogłem spędzić przykładowo dwa dni w Coober Pedy – fascynującym miejscu, które z początkowo zakładanej porażki, okazało się być jednym z najciekawszych i unikalnych miasteczek nie tylko w Australii ale i z pewnością na świecie. Udało się też nie pędzić na ślepo przez najwspanialszą z dotychczas widzianych dróg świata – Great Ocean Road, a na spokojnie delektować się każdym zakamarkiem, miasteczkiem czy zapierającym dech w piersiach widokiem, których są tam tysiące za każdym z miliona zakrętów. Ostatecznie pozostaje też nadzieja i plan, gdy zawsze można sobie powiedzieć – a nóż jeszcze kiedyś… :)

  • Nie udało się mieć kontroli nad pogodą – tu faktycznie muszę jeszcze poćwiczyć, bo tyle deszczu w ostatnim tygodniu, jak i czasami w najsuchszych miejscach na świecie, się nie spodziewałem… No ale tu także trzeba jasno powiedzieć, że ciekaw jestem, czy w ogóle nawet w Australii jest wiele osób, które widziały kompletnie zieloną pustynię w samym jej sercu, bądź rzeki płynące, …baaa zalewające, drogi w miejscach, które oznaczane są na mapach jako „wyschnięte koryto”, a w przewodnikach opisywane jako punkty gdzie raz na 10 lat pada deszcz.

  • Nie udało się post’ować codziennie – dlatego, że istotnie, poza punktowo i bardzo specyficznie rozłożonymi miastami, reszta Australii jest kompletnie pozbawiona cywilizacji. Jest to głównie atrakcyjna cecha – ale powoduje, że zgodnie zresztą z przewidywaniami, jedyny kontakt jaki miałem ze światem to sporadyczne odwiedziny Facebooka siedząc w przyklejonym do ściany MacDołka (i jego Free WiFi) vanie lub kilka smsów, które raz na 1 000 km można było wysłać/odebrać w miejscach, gdzie Telstra dostrzegłszy skupisko minimum 10 tys. mieszkańców (co jest naprawdę bardzo rzadkie), łaskawie postawiła maszt.

  • Nie udało się odpocząć – ale wszyscy wiemy kiedy na to będzie nieograniczony czas przecież, więc czy jest czego żałować?! Szczególnie, że w każdej sekundzie można znaleźć lepsze zajęcie, jak choćby szukanie opali, które potencjalnie walają się tutaj wśród czerwonego piachu pustyni. Można uczyć się gry na oryginalnym didgeridoo (taka jakby trąba aborygeńska), czy zwyczajnie wpatrywać się w idealnie rozświetlony Krzyż Południa, którego nikt z północnej półkuli przenigdy nie zobaczy, choćby nie wiem jak uporczywie szukał go na nocnym niebie.

  • Udało się schudnąć – bo kto ostatecznie powiedział, że każde zdanie w tej części musi mieć formę negatywną! ;-P

Teraz myślę już, każdy będzie w stanie ocenić, a przynajmniej będzie miał ogólną świadomość co go czeka (lub czego może się spodziewać :) jeśli zdecyduje się odwiedzać tego bloga w najbliższym tygodniu. A coś mi się wydaje, że jednak będzie co czytać, będzie co oglądać, przede wszystkim będzie co komentować…

Obowiązakowa fotogaleria zawiera natomiast świeżutki materiał z dzisiejszej, niedzielnej wycieczki, która zaprowadziła nas na południe od Sydney w okolice Wollongong trasą numer 1 (jej dalsza część będzie w szczegółach opisana niebawem). Ten odcinek był natomiast wyjątkowy – bo od pięciu lat istnieje taki fragment, który został poprowadzony wprost w oceanie! Nazywa się Sea Cliff Bridge.



A już jutro „Akt I” – czyli początkowe siedem dni z australijskiego outbacku i kilkaset fotografii dla tzw. wzrokowców. Zapraszam!