niedziela, 20 lutego 2011

A Brief History Of Time

Wróciłem! ...a właściwie przyjechałem z powrotem do Sydney po wcale nie tak krótkiej, bo 22-u dniowej objazdówce po kontynencie australijskim. Wychodząc niezwłocznie na przeciw oczekiwaniom (m.in. tych o utrzymaniu standardów „dobrej” telenoweli) i jednocześnie zachowując klasyczną formę - dramaturgia całej wyprawy zostanie opisana w trzech aktach. W swojej treści poprowadzą one bohatera dzień po dniu przez wszystkie możliwe zakamarki i arkany tego odległego świata. Dzięki zachowaniu zasady symetrii będą – mam nadzieję – w równy sposób budziły na nowo wszelkie możliwe emocje każdego minionego tygodnia, ukazując się cyklicznie i chronologicznie, odpowiednio w najbliższy poniedziałek, środę i piątek ;-)

W pozostałe dni, aby nie zanudzić, wprowadzić obowiązkowe przerwy dla zmiany scenografii i podtrzymać wątpliwe napięcie, omawiane będą sprawy bieżące i przyszłe plany związane z miesiącem trzecim - marcem. Zapowiada się kilka rajskich wysepek na Pacyfiku i jedna większa – podobno zielona :-)

W dzisiejszym odcinku natomiast prolog, czyli to na co wszyscy czekają - i Ci "Leserzy", którzy woleli czytać bryki, jak i te "Kujonki", co to kartka po kartce nocami ślęczeli nad lekturami. Będzie krótkie wprowadzenie, które z jednej strony da obraz tego czego można się spodziewać, z drugiej czego wogóle nie warto czytać/oglądać. Do dzieła więc...!

Jak to zazwyczaj bywa są rzeczy, które się udały lepiej i te, które też się udały - ...tylko inaczej ;) Ostateczna trasa wyniosła wg. licznika samochodowego jakieś 8 850 km, a wg. Google'a tyle i wygląła tak...


Jak to widać, porównując powyższą mapkę z wstępnymi wersjami trasy (post ze stycznia), zaszły drobne zmiany. Ostatecznie wyszedł trochę jakby mix pomiędzy ówczesną "Opcją 1" i "Opcją 2". Prowadzi to do wniosku, że były warunki sprzyjające jak i okoliczności negatywne. Zacznijmy więc od tego co się udało, czasem nawet wykonać w dwustu procentach założonego planu.

  • Udało się nie rozwalić auta – to może brzmi banalnie, ale oczywiście znając moje szczęście (i zdolności w tym zakresie;-) co poniektórzy zgodzą się chyba, że jest to niebywały sukces – szczególnie jak się jeździ de facto ciężarówką, a w dodatku to po złej stronie drogi.

  • Udało się zobaczyć wszystko z listy TOP 10 (niektóre miejsca/rzeczy nawet kilka razy i w różnych, czasem bardzo nietypowych warunkach), a pewnie i 90% z listy TOP 50 – to moim zdaniem najważniejsze i mnie osobiście najbardziej cieszy, bo daje unikatowe wrażenia i czasem po milion razy wynagradza wszelkie trudy i wyrzeczenia związane z samym osiągnięciem celu

  • Udało się wytropić kangury! – nie żeby okazało się to wybitnie trudne, ale jak wiemy był to pierwotny, największy i unikalny w swojej istocie cel, któremu podporządkowany był cały blog przecież!! Coś z gatunku ‘ultimate target’, który jak pokażą nadchodzące odcinki został osiągnięty i powtórzony wielokrotnie z udziałem odmiennych gatunków i zachowaniem standardów przyzwoitości, a wszystko w ramach klauzuli o ochronie zwierząt. Nikt z bohaterów powyższych zajść nie odniósł uszczerbku na zdrowiu (wiemy też już, że na pewno nie został przejechany…) i przeszedł ostatecznie nad tym do porządku dziennego J

  • Udało się wrócić i nie odnieść uszczerbku na zdrowiu – to akurat nie było, do końca tak proste jak mogłoby się pozornie wydawać - bo to prawda, że roi się tu od różnego rodzaju stworzeń, z których szczególnie te niepozorne, czasem mogą Cię załatwić na cacy… Niektóre, z nazwijmy je tymczasowo one-shot’ów, okazały się być literalnie na wyciągnięcie ręki!

  • Udało się zmieścić w czasie – to było najtrudniejsze, bo tutaj i pewnie cały rok byłby za krótki jak się okazuje, żeby powiedzieć z całym przekonaniem - dość! Niemniej samochód miał być zwrócony w nieprzekraczalnym terminie godziny drugiej popołudniu dnia wczorajszego tj. 19 lutego 2011 …i został, co zamknęło ten rozdział podróży.

Dla równowagi były też/niestety zdarzenia, które prowadziły do powstania komplikacji, a czasem zmiany pierwotnych planów. Nie zawsze można przewidzieć wszystko, ale w gruncie rzeczy przecież wcale nie trzeba, bo nie o to tu chodzi. Liczy się wyjście z każdej sytuacji, które niejednokrotnie okazuje się być co najmniej tak samo atrakcyjne, czy ekscytujące jak zakładane uprzednio.

  • Nie udało się pojechać dalej, zobaczyć więcej, dłużej być w drodze… – bo po prostu istnieją ograniczenia zarówno te materialne, jak i te fizyczne. Z zakładanych przeszło 12 tys. km ostatecznie zrobiło się niecałe 9 tys. Nie dojechałem przez to np. do Perth, miasta na zachodnim brzegu Australii, które w sumie też bardzo chciałem zobaczyć. Niemniej dzięki temu mogłem spędzić przykładowo dwa dni w Coober Pedy – fascynującym miejscu, które z początkowo zakładanej porażki, okazało się być jednym z najciekawszych i unikalnych miasteczek nie tylko w Australii ale i z pewnością na świecie. Udało się też nie pędzić na ślepo przez najwspanialszą z dotychczas widzianych dróg świata – Great Ocean Road, a na spokojnie delektować się każdym zakamarkiem, miasteczkiem czy zapierającym dech w piersiach widokiem, których są tam tysiące za każdym z miliona zakrętów. Ostatecznie pozostaje też nadzieja i plan, gdy zawsze można sobie powiedzieć – a nóż jeszcze kiedyś… :)

  • Nie udało się mieć kontroli nad pogodą – tu faktycznie muszę jeszcze poćwiczyć, bo tyle deszczu w ostatnim tygodniu, jak i czasami w najsuchszych miejscach na świecie, się nie spodziewałem… No ale tu także trzeba jasno powiedzieć, że ciekaw jestem, czy w ogóle nawet w Australii jest wiele osób, które widziały kompletnie zieloną pustynię w samym jej sercu, bądź rzeki płynące, …baaa zalewające, drogi w miejscach, które oznaczane są na mapach jako „wyschnięte koryto”, a w przewodnikach opisywane jako punkty gdzie raz na 10 lat pada deszcz.

  • Nie udało się post’ować codziennie – dlatego, że istotnie, poza punktowo i bardzo specyficznie rozłożonymi miastami, reszta Australii jest kompletnie pozbawiona cywilizacji. Jest to głównie atrakcyjna cecha – ale powoduje, że zgodnie zresztą z przewidywaniami, jedyny kontakt jaki miałem ze światem to sporadyczne odwiedziny Facebooka siedząc w przyklejonym do ściany MacDołka (i jego Free WiFi) vanie lub kilka smsów, które raz na 1 000 km można było wysłać/odebrać w miejscach, gdzie Telstra dostrzegłszy skupisko minimum 10 tys. mieszkańców (co jest naprawdę bardzo rzadkie), łaskawie postawiła maszt.

  • Nie udało się odpocząć – ale wszyscy wiemy kiedy na to będzie nieograniczony czas przecież, więc czy jest czego żałować?! Szczególnie, że w każdej sekundzie można znaleźć lepsze zajęcie, jak choćby szukanie opali, które potencjalnie walają się tutaj wśród czerwonego piachu pustyni. Można uczyć się gry na oryginalnym didgeridoo (taka jakby trąba aborygeńska), czy zwyczajnie wpatrywać się w idealnie rozświetlony Krzyż Południa, którego nikt z północnej półkuli przenigdy nie zobaczy, choćby nie wiem jak uporczywie szukał go na nocnym niebie.

  • Udało się schudnąć – bo kto ostatecznie powiedział, że każde zdanie w tej części musi mieć formę negatywną! ;-P

Teraz myślę już, każdy będzie w stanie ocenić, a przynajmniej będzie miał ogólną świadomość co go czeka (lub czego może się spodziewać :) jeśli zdecyduje się odwiedzać tego bloga w najbliższym tygodniu. A coś mi się wydaje, że jednak będzie co czytać, będzie co oglądać, przede wszystkim będzie co komentować…

Obowiązakowa fotogaleria zawiera natomiast świeżutki materiał z dzisiejszej, niedzielnej wycieczki, która zaprowadziła nas na południe od Sydney w okolice Wollongong trasą numer 1 (jej dalsza część będzie w szczegółach opisana niebawem). Ten odcinek był natomiast wyjątkowy – bo od pięciu lat istnieje taki fragment, który został poprowadzony wprost w oceanie! Nazywa się Sea Cliff Bridge.



A już jutro „Akt I” – czyli początkowe siedem dni z australijskiego outbacku i kilkaset fotografii dla tzw. wzrokowców. Zapraszam!

6 komentarzy:

  1. Z powodów ograniczeń technicznych/bezpieczeństwa (ilość znaków) zaobserwowałem, że w niektórych przeglądarek link zaproponowany nad załączoną mapką może nie działać - rozwiązanie jest i na to, wystarczy skopiować linka i wkleić do pola adresu - Enter, i to załatwia zawsze sprawę ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. niedzielne przedpołudnie z blogiem Maciusia :-) w końcu :-D!

    OdpowiedzUsuń
  3. no nareszcie
    mc

    OdpowiedzUsuń
  4. Najblizsze posty zapowiadaja sie super ciekawie... martwi mnie tylko punkt "Udalo sie schudnac" - mam nadzieje ze teraz nadrabiasz stracone kalorie ;p
    AO

    OdpowiedzUsuń
  5. no też słyszeliśmy coś o tym schudnięciu - to chyba waga baletnicy.

    OdpowiedzUsuń
  6. jeszcze jedno zawsze coś trzeba sobie zostawić na później więc kiedyś do Perth dotrzesz - i tak powstaje pretekst żeby wrócić :-)

    OdpowiedzUsuń