Dni mijają zdecydowanie za szybko, kiedy jest tyle rzeczy do zrobienia i za mało czasu na wszystko... (skądś to znamy)! Od kiedy zaczęła się druga dekada XXI w. znacznie poszerzyłem znajomość okolicy, ale po kolei...
W pierwszy dzień Nowego Roku trzeba było zdecydowanie odpocząć, plus temperatura sięgała tu (w Liverpool) dokładnie 40 stopni C (i zgodnie z metodologią temperatura ta poddawana jest w cieniu). W taki dzień robi się problem, kiedy próbuje się otworzyć okno w pokoju i nagle okazuje się, że to tak jak otworzyć pierkarnik w trakcie robienia np. lasagne... słowem piekło! W dniu tym odbyłem tylko przejażdżkę w pełni klimatyzowanym aucie po okolicy południowo-wschodnich plaż z wysiadką jedynie na dotankowanie paliwa. Kompletnie bez aparatu i bez żadnej chęci robienia czegokolwiek innego niż chłodzenia się.
Natomiast kolejny dzień (niedziela 2.01.2011) - zapowiadał się bardzo atrakcyjnie - wycieczka na Palm Beach. Miejsce to jest oddalone jakieś 40 km na połnocny wschód od miasta i stanowi rodzaj cypla - wysuniętego głęboko w zatokę z jednej i ocean z drugiej strony. Trochę kształtem przypomina głowę tzw. rekina młota, który zapewne kręci się również w okolicy znając życie ;) Już sam dojazd pokazuje, że okolica ta jest przepiękna - bogata w liczne zatoczki, gdzie każdy z mieszkańców willi na okolicznych skałach, trzyma tam swój jacht, łódź lub inne zmechanizowane urządzenie do pływania. Na plaży raczej wiadomo co się robi, bynajmniej nie zdjęcia... ale trochę z nich poniżej się znajdzie.

W poniedziałek pojechałem w ramach rewanżu do największego i prawdopodobnie najbogatszego w rozmaite okazy roślinek, parku Royal Botanic Gardens - tego samego, którego nie udało mi się owiedzieć w Sylwestra. Po drodze w tą i z powrotem przeszedłem się przez centrum miasta z konkretnym celem znalezienia dwóch kluczowych miejsc jakże bliskich mojemu sercu: Apple Store i KPMG - pełen sukces. Trochę poważeniej to akurat myślę, że tę historię odda najlepiej fotogaleria bez zbędnego komentarza. Wszyscy i tak zobaczą, że faktycznie na ulicach stoją ubrane choinki w środku lata, a w parku można do woli wylegiwać się na trawie będąc owiewanym przez przyjemną bryzę, podziwiać panoramę miasta i karmić papugi, których jest tu znacznie wiecej niż u nas wróbli.

Wczorajsza wyprawa z przyczyn technicznych, została uwieczniona na chwilę obecną jedynie w części dotyczącej wycieczki promem. Wtorek był taki ekstra, że na pewno zostanie jeszcze powtórzony - a póki co zdradzę, że prom płynął z głównej przystani do Manly.... a transport w obrębie zatoki jest wliczony w dowolnej ilości w cenę czterotygodniowego odpowiednika naszej karty miejskiej - więc nie ma co się ograniczać.

Dziś pobudka nastąpiła o 5:30 am. Wszystko po to, aby wybrać się do Canberry. Miasta, które dla pogodzenia utarczek o przewodnictow pomiędzy Sydney, a Melbourne zostało zaprojektowane i zbudowane w zasadniczej części praktycznie od zera w przeciągu ostatniego pięćdziesięciolecia. Widać to na każdym kroku. Szerokie ulice mają idealnie przemyślany układ, a samo położenie i otoczenie miasta dobrano specjalnie pod względem komunikacji z największymi miastami jak i przyjaznego, bardziej można powiedzieć europejskiego klimatu. Z populacją przekraczjącą 350 tys. mieszkańców jest to najliczniejsze nienadmorskie i ósme z kolei miasto w Australii. W planie zwiedzania znalazły się Parliment House z przeciwlegle położonym (po drugiej stronie miasta) Australian War Memorial, Black Mountain Tower oraz National Botanic Gardens.

Plan tego wpisu trochę odbiega od dotychczasowej koncepcji, został stworzony z myślą i dla zaspokojenia pojawiąjących się głosów odrębnych. Kładzie większy nacisk na górujący w epoce pop-kultury element przewagi formy nad treścią. Tym samym nie ma tego całego badziewiastego tekstu, którego i tak pewnie nikt nie czyta, a pojawiło się w jego miejsce trochę wiecej fotogalerii, które większość szybciej może przewinąć i zapomnieć...
:-) KPMG rządzi nawet tam Cię dopadło
OdpowiedzUsuńświetne jest to foto z drzewem "podzielonym" na pół
OdpowiedzUsuńmc
Maciusiu, czytamy, czytamy... kolejnego wpisu nie mogliśmy się doczekać :-). A propos pisania, to "spowrotem" pisze się "z powrotem". Widzę, że kolega już pomału zapomina ojczystego języka właściwie stosować. PS K..., jak my Ci zazdrościmy :-)
OdpowiedzUsuńMichał, po takiej jakże słusznej reprymendzie nie pozostało mi nic innego jak sie pokajać i wszystko naprawić, co też uczyniłem niezwłocznie ;)
OdpowiedzUsuńGary pisz wiecej, prosze, wole Twoje opowiesci mimo ze zdjecia piekne. Pozdrowienia z South Wales slemy do New South Wales ;)
OdpowiedzUsuńBencki
No Bencki na Ciebie zawsze mogę liczyć! Zapowiada się więc więcej :)
OdpowiedzUsuńDzieki, czekam! Aha btw Liverpool wcale nie jest Wales tylko w England. Ci Aussies kompletnie powariowali :0 to chyba dlatego, ze dostali baty od Angoli w krykieta (the Ashes)
OdpowiedzUsuńBencki
Jest tu faktycznie spora afera i nagonka za tego krykieta własnie ;) Zaraz po powodziach w Quensland tylko o tym mówią w TV!
OdpowiedzUsuńGarus,
OdpowiedzUsuńciesze sie ze doleciales bez przygod za to od poczatku masz fajne dni tam Down Under :)
jestem ciekaw jakie masz plany na najblizsze dni i jak z przygotowaniami do objechania tego wielgachnego kontynentu.
machnalem za jednym zamachem (jak to machy) wszystkie wpisy i bede staral sie byc na bierzaco. Polecam Ci zrobic ambitny plan i wykroic z 7-10 dni na Fidzi i skorzystac z rad sylwestrowego kumpla!
pozdr!
M.
Machy, myślę że właśnie opublikowany kolejny post udzieli odpowiedzi przynajmniej na część pytań ;)
OdpowiedzUsuńZ niecierpliwością czekam na relację z afrykańskiej wycieczki!
Gary,
OdpowiedzUsuńJa też z przyczyn technicznych teraz nadganiam zaległości w kolejności chronologicznej na raz,
Super że na miejscu masz tyle spostrzeżeń, pisz więcej właśnie wrażeń osobistych, bo to ciekawe
pozdro!
Karwas