niedziela, 9 stycznia 2011

The Secret Garden

Ostatnio moja siostra opowiedziała mi tematyczną historię:

Przybiega kangur do lekarza - cały zakrwawiony!
Zdezorientowany lekarz pyta:
- Ale, co się właściwie stało?
Na co kangur odpowiada:
- Ukradli mi torbę w metrze... :)

I to prawda, że we wszelkich pociągach trzeba tutaj też jednak uważać (jak wszędzie zresztą), bo są dzielnice gdzie więcej ludzi wyglada jakby nie byli stąd, ani nie mieli nic wspólnego z pierwotnymi czasami kolonialnymi. Na pewno taką dzielnicą nie jest jednak North Shore, w którym spędziłem chwilkę w ostatni czwartek i dziś również tam zawitałem. Wczoraj tj. w piątek 7 stycznia wybraliśmy się z kolei do Katoomby - tutaj pogoda sprawiła psikusa, ale o wszystkim po kolei...

Północ Sydney to głównie cały ogrom zatoczek i stoków obrośniętych przeróżnymi drzewami, palmami i paprociami lub domkami i willami. Nie sposób tego ogarnąć za jednym zamachem. 6-tego stycznia wysiadłem przy południowym krańcu mostu Harbour Bridge i po prostu przespacerowałem się nie drugą stronę. Ta część bezpośrednio za mostem ma charakter bardziej miejski. Są w niej mniejsze bloczki mieszkalne, trochę biurowców - które z niewiadomych przyczyn nie stanęły, lub może nie zmieściła się, albo nie chciały być w City Center po drugiej stronie. Znajdują się tu również stały lunapark tuż nad wodą i polanki porośnięte trawką ze wspaniałym widokiem na panoramę miasta - idealne na piknik lub przerwę "lunchową".

Moim zdaniem zdecydowanie ciekawszy jest natomiast obszar położony bardziej na północny-wschód, gdzie wyprawiłem się dzisiaj. Trasa była rozszerzoną wersją przechadzki proponowanej przez przewodnik LonelyPlanet, a zaczęła się od Cremrone Point. Stamtąd bardzo dobrze oznaczony miejski szlak prowadzi spacerowiczów wzdłóż północnego brzegu na wschód przez knieje oraz kręte i wąskie alejki, by co chwila raczyć przepięknymi widokami ze specjalnie przygotowanych jak i zupełnie przypadkowych punktów obserwacyjnych. Droga ta ma, moim zdaniem, jedną szczególnie wspaniała zaletę - pozwala w wielu miejscach zejść bezpośrednio na plaże, te mało lub wogóle nie uczęszczane, ukryte w zakamarkach zatok, piaszczyste lub skaliste - słowem do wyboru, do koloru.

Cały szlak jest dosyć długi, bo liczy ponad 6km, w trakcie któych zchodzi się kilka razy z góry by za chwilę wejść pod górę. Nie sposób też nie skorzystać z okazji, aby nie zboczyć parę lub paręnaście razy tylko po to by zejść np. skałami lub schodami prosto w krystalicznie czyste i przez wiele metrów płytkie jedynie po kolana wody zatok. Ponad to droga przechodzi przez położoną w Chowder Bay bazę marynarki wojennej - która nie spełnia już swojej militarnej funkcji, jednak została zachowana we względnie pierwotnym stanie. Wzbogacona jest o parę punktów gastronomicznych gdzie np. siedząc na tarasie tawerny przy wielkiej armacie można wypić hgerbatkę lub jakiś napój orzeźwiający. Punktem docelowym wyprawy była Balmoral Beach położona jeszcze bardziej na północ po przeciwległej stronie ostatniego w tej częście zatoki cypla zwanego Middle Head. Chwila odpoczynku, odrobina plażowania i niestety trzeba było się zbierać, aby jakoś dotrzeć do domu - a stąd to już jedynie autobus ratuje, który dowozi do Taronga Zoo Wraft, dalej prom, kolejka i jeszcze raz autobus - bo w nowym roku jak na przekór wyłączyli z ruchu kolejowego kilka stacji (w tym moją) żeby tory ponaprawiać.



Na temat wczorajszej podrózy do Katoomby nie mogę powiedzieć póki co wiele. Samo miasto położone jest nicałe 100km od Liverpool, jednak to nie miasto miało być tu istotne, a jego położenie w samym sercu Blue Mountains, gdzie kilometry szlaków prowadzą do takich słynnych miejsc jak skały nazywane Three Sisters. Wszystko jednak zależne jest bardzo od pogody, której w tym regionie nie sposób przewidzieć - prognozy dawały szansę na całkiem przyjemny dzień i parę spacerków, jednak rzeczywistość okazała się tym razem wyjątkowo bezlitosna. Na miejscu widać było jedynie mgłę gęstą jak mleko i przelotnie padający mniej lub bardziej deszcz, paskudstwo! Przeczekaliśmy dla pewności na miejscu ponad godzinkę, licząc na jakąś zmianę - ale to nie pomogło. Po kubeczku lokalnej kawy wróciliśmy bardzo wczesnym popołudniem z powrotem do domu. Obowiązakowo trzeba będzie dać temu miejscu jednak kolejną szansę!!

Kierując się jednak przysłowiem, że ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszlo - postanowiłem poświęcić resztę dnia na zorganizowanie szkieletu marcowego pobytu tutaj. Słowo "tutaj" jest może trochę mało precyzyjne bo oznacza w tym przypadku bardziej tą część świata, a nie już tylko samą Australię. Co było w planach idealnie pokazuje Google poniżej...


...a w praktyce wymagało to spędzenia dłuższej chwilki na kilku wyszukiwarkach połączeń lotniczych i bezpośrednio na stronach lokalnych przewoźników. Ta część została skomponowana głównie za wielkimi namowami Machego (który właśnie dzisiaj akurat prawdopodobnie wraca z Afryki do Polski). Bo fakt - bardzo słuszne jest założenie, że skoro już się jest tak blisko to czemu np. nie pojechać np. na Fidżi. Znacznie to prostsze biorąc pod uwagę tzw. lokalne linie "low-cost", niż kiedykolwiek chcieć zaplanować z Europy podróż specjalnie na te wyspy na Pacyfiku. Dodatkowo postanowiłem rozszeżyć koncepcję jeszcze o Nową Zelandię, o której słyszałem ostatnimi latami często i gęsto ;) ...i wiele dobrego. Ostatecznie trzy lokalne loty są zabookowane, trzy osobne linie lotnicze mają dla mnie miejsca przygotowane, a podstawowy trójelementowy komplet podróżny backpackera specjalnie na tę okazję: namiot, śpiworek i karimata - nie mogą się już doczekać w pełnej gotowości! ;) Wylot do Auckland (Nowa Zelandia) 27 lutego, przelot do Nadi (Fidżi) 14 marca i powrót do Sydney 19 marca.

Ale ale, przy tej okazji przypomniało mi się, że również w gotowości czeka zarezerwowana w czwartek z rana Toyota Tarago (Crib) od firmy Jucy Car Rentals, która w okresie od 29 stycznia do 19 lutego przejechać musi jedną z tych tras:



Niekorzystnie złożyło się tylko to, że akurat jest pełnia okresu wakacyjnego i wynajem samochodów kosztuje średnio dwa razy tyle, co poza tzw. sezonem. Nie jest to też samochód z napędem na cztery koła przez co trasa nie może prowadzić jak w wymarzonej wersji z Perth do Alice Springs przez Great Central Road, bo w przypadku samotnej wyprawy wynajmowanym srodkiem transportu byłoby to już za duże ryzyko. Plusy to ewidentnie to, że dzięki uprzedniej bezpośredniej wizycie w punkcie odbioru auta, udało mi się wynegocjować lekką redukcję dziennej stawki najmu i znaczną obniżkę ubezpieczenia przez wzgląd na dosyć długi - trzy tygodniowy - okres korzystania z samochodu (względem tego co widać w Internecie). Skrócenie czasu wyprawy po interiorze z miesiąca do pełnych trzech tygodni, pozwoliło zachować zakładany budżet, a nie sprawia też wielkiej różnicy, bo zdecydowana większość terenów w północno wschodniej Australii, na skutek gigantycznych powodzi i podtopień, jakie mają tam miejsce i tak okazuje się aktualnie nieprzejezdna. Wystarczy wspomnieć, że w wodach, które wystąpiłu z rzek w stanie Queensland w najlepsze pływają miedzy zalanymi domami tam teraz aligatory... więc Gary muvałt!

6 komentarzy:

  1. Maciek, a co z Tasmanią? (zwłaszcza biorąc pod uwagę twoje zdj profilowe na tym blogu);-)
    mc

    OdpowiedzUsuń
  2. Maciek a stacje benzynowe masz obcykane na tej trasie ? Mam nadzieje bo wtedy ta wycieczka stałaby się przez chwilę spacerkiem ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow wow wow, plany na najblizsze meisiace super :) :) :) jak ogladam te zdjecia, filmy i czytam te Twoje wpisy to eh...niezly miales pomysl z ta Australia :D pozdrowka! Aga O.

    OdpowiedzUsuń
  4. Aga, proponowałem jak wiesz na prawo i lewo - i nikt się nie skusił, a każdy podobno by chciał :-P Teraz nawet, jak już tej benzyny zabraknie, to nie będzie miał nawet kto pchać! Ale Tasmania już będzie na pewno musiała poczekać na kolejny raz... nie ma rady!

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieje ze toyotka bedzie miala dolaczony naped nitro, zebys dal rade takie petle w 3 tygodnie zrobic :p

    A Twoj bilet AirChina da sie przebukowac?

    Pozdro i trzymaj tak dalej!
    M.

    OdpowiedzUsuń
  6. Toyotka bedzie miała co najwyżej lodówkę, abym trochę wolniej kipnął na tej pustyni w razie czego... Ale jak akurat wiesz dobrze, to dymiącą jak lokomotywa spalinami alfą na jałowym biegu dało radę przejechać pół Europy w kilka dni-to i tu nie widzę większych problemów, gdy droga prosta jak drut :P

    Bilet zasadniczo nie da się przebukować, ale czy przewidujesz naprawdę jakieś opóźnienia??!

    Czekam i czekam na tą relację z Afryki Machy, kiedy i gdzie ona będzie? Bo póki, co wiem tylko, że do połowy się ogoliłeś ;)

    OdpowiedzUsuń