piątek, 14 stycznia 2011

Pride And Prejudice

Ostatnimi dniami pogoda była dość cienka jak na tutejsze możliwości i od kilku dni niebo przykrywały chmury. Czasami spadnie jakiś deszcz, a czasami zakłębi się i nic. W sumie to i tak nie najgorzej w porównaniu z tym co dzieje się w sąsiednim po stronie północnej stanie Queensland. Powodzie są tam ogromne, zalane bądź podtopione tereny przynajmniej powierzchniowo dorównują kilku średniej wielkości krajom europejskim. Niemniej wiemy przecież, że tylko winni się tłumaczą i ten drobny wstęp jest oczywiście nędznym wytłumaczeniem uboższego i marnego materiału, co będzie widać na zdjęciach.

W niedzielę 9-tego stycznia pogoda była tak okropna, że nie dało się wyjść na zewnątrz. Nie tylko padało co jakiś czas, ale utrzymywała się również ogromnie wysoko wilgotność. Wydaje się wtedy, że jest znacznie cieplej niż naprawdę - jak w łaźni. Na chwilę wystawiłem nos na zewnątrz, aby zrobić jakieś zakupy głównie pamiątkowe i tuż około godziny 13tej pomyślałem o drzemce… Obudziłem się po 18:00, po pięciu godzinach spania w najlepsze – szok! Przyszła pora na kolacje, update informacyjno-społeczny w Internecie i kolejne kilka godzin bite spania. Podsumowując niedziela to pierwszy totalnie przebimbany dzień tutaj.

W poniedziałek za oknem to samo. O 6-tej rano standardowa pobudka, przy walącym w szyby deszczu. Nie poddając się jednak pogodzie postanowiłem wymyśleć coś, co może byłoby w zadaszeniu?? Muzeum… - nieee, tutaj w muzeach rzeczy z początku XIX lub okresu XVIII w. pokazywane są jako wykopaliska z zamierzchłej przeszłości, kiedy u nas bez problemu takie i jeszcze starsze można w sklepach z antykami dostać. Może zakupy więc… - eee, przecież ja nie cierpię łażenia po sklepach. Po chwili namysłu jednak, znalazło się miejsce w Sydney, które de facto łączy w dosyć ciekawy i bardzo wyjątkowy sposób wszystkie te elementy: ma dach, jest sklepem a wygląda jak muzeum! Nazywa się Queen Victoria Building. Jest to słynne miejsce w Sydney, gdzie w wyjątkowo prestiżowym miejscu - w zabytkowym budynku z końca dziewiętnastego wieku - znajdują się na dwóch poziomach podziemnych i bodajże czterech naziemnych same słynne, bądź unikatowe sklepy. Miejsce idealne bo wysiadając z pociągu na stacji Town Hall można podziemiami przejść tam suchą nogą i z pewnością nie popadnie się tam w szał zakupów, kiedy po przecenie noworocznej o 50% większość rzeczy kosztuje więcej niż stu procentowy limit twojej karty kredytowej ;-P

Po kilku godzinkach łazikowania pomiędzy piętrami i zaglądania do przeróżnych sklepików, zauważyłem przez okno (a właściwie witraż - powinienem powiedzieć), że na dworze przestało padać. Trzeba było koniecznie skorzystać ze sposobności i przejść się na jakiś spacer. W pobliżu był Hyde Park. Tak, tak… Podobnie jak większość nazw jest kalką identycznych miejsc w Europie (dokładniej w UK) to jeszcze zostało to na tyle uproszczone / ujednolicone, że dosłownie chyba w każdym mieście które dotychczas widziałem np. główna ulica nazywa się zawsze George Street. Szaleństwo! Spacerek był krótki ale orzeźwiający. Zaprowadził do przeciwległej stacji, skąd wróciłem do domu.

To już zaczęło się robić nudne, kiedy we wtorek, trzeci dzień z rzędu za oknem znów było szaro i ponuro. Dobrze, że tu chociaż ciepło jest niezmiennie. Wziąłem parasol i chciałem przetestować trasę do Parramatty. Jak się okazało jest to bardzo urokliwa mieścina na obrzeżach Sydney, położona nad rzeką o tej samej nazwie i najdalsza - do której jeszcze dopływa prom z centralnej zatoki. Z mojego miasteczka do Parramatty kursują natomiast ekspresowe autobusy, tak więc skorzystałem z tego sposobu dojazdu, by na miejscu już przesiąść się w prom, który po godzinnym rejsie dowiózł mnie do Circular Quay. Przesiadka na kolejkę i do domu. Trasa wydaje się rewelacyjna, miasto może być naprawdę śliczne – ale kiedy indziej, bo pogoda kolejny raz nie dała szansy nawet zrobić zdjęć. Cały czas albo unosiła się w powietrzu jakaś zawiesina wodna, albo po prostu padało na całego. Trasa żeglugi też bardzo urokliwa, ale kiedy możesz wyjść na pokład i chociaż poczuć wiatr i rozbryzgi fali - a nie wicher i lejące się z nieba wiadra wody. Szkoda, ale cóż… może jutro będzie lepiej.



Środa faktycznie okazała się bardziej przystępna, ale wciąż niepewna. Sydney Olympic Park wydawał się natomiast miejscem na tyle blisko położonym, że w razie nawałnicy da się szybko wrócić, a również na tyle rozległym, że spokojnie można sobie zapewnić tam minimum jeden dzień rozrywki. Osobny pociąg kursuje specjalnie w to miejsce ze stacji Lidcomb, do której błyskawicznie można dostać się ode mnie ekspresowym autobusem (lub kolejką kiedy zostanie naprawiona). Na miejscu pierwsze, co od razu rzuca się w oczy, to ogromna przestrzeń, szerokie drogi i ciągnące się po horyzont stadiony, hale i inne obiekty sportowe. Wszystko otoczone jest parkami oraz specjalnie rekultywowanymi terenami. W miejscu tym, po zakończeniu Olimpiady z 2000 roku, wciąż urządza się największe (jak aktualnie rozgrywający się Australian Open) jak i te mniejsze imprezy sportowe (jak np. młodzieżowe zawody lekkoatletyczne). W okolicy zaczęły powstawać apartamentowce, a po lokalnych scieżkach, w parkach, biegają lub przechadzają się ich mieszkańcu. Całkiem przyjemne i dobre dla tzw. „programu rzeźba” (w odróżnieniu od powszechnego tu raczej „programu masa”) miejsce ;-)

Bardzo mi się tu spodobało – tak, że w czwartek 13-tego stycznia postanowiłem wrócić w te okolice aby dobić do wyniku maratońskiego dystansu 40km ścieżek zrobionych łącznie w tym miejscu. Pogoda robi się coraz lepsza, chyba jutro najwyższa pora będzie zrobić coś dla ciała, a nie tylko dla ducha i np. w pełnym relaksie dniu wylegiwać się na plaży lub popluskać w oceanie…!

6 komentarzy:

  1. czasem słońce czasem deszcz - takie życie. Czemu w Pl nie może być takich ładnych parków i tyle ładnych miejsc na spacery ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze ze nie masz napietego programu i akurat na te dni sobie zaplanowales kilka dni na plazach Sydney. Powiem Ci ze jakbys mial byc teraz na Ursynowie to ladniejszej pogody bys nie mial :P
    m.

    OdpowiedzUsuń
  3. Po ostatnim/pierwszym takim dniu na plaży, dzisiaj spać musiałem na brzuchu - a teraz siedzę na samej krawędzi krzesła - mimo że wczesniej tony kremu przeciwsłonecznego zużyłem ;-P

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie dziwie sie Brytyjczykom, ze dostaja p***dolca na punkcie "Sunnystralia". wystarczy porownac:
    http://www.wetteronline.de/Grossbritannien/Newport.htm
    http://www.wetteronline.de/Australien/Sydney.htm

    Bencki

    OdpowiedzUsuń
  5. Maciek, przeczytałam wszystkie posty za jednym zamachem i jestem zauroczona!!! Okropnie Ci zazdroszczę. Muszę przyznać, że utwierdziłam się w przekonaniu, że masz talent pisarski (o czym oczywiście wiedziałam już wcześniej czytając Twoje memoranda i notatki służbowe ;)) Ja obecnie czytam ‘Błękitne przestrzenie’ Horwitza, które opowiadają o podróżach kapitana Cooka gdy odkrywał tamtą część świata, ale to oczywiście zaledwie namiastka tego co się tam dzieje u Ciebie! No i foty też są super :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Byłem przekonany Dorota, że prędzej porównasz ten styl do mem po niemiecku pisanych ;-> Tym bardziej dziękuję i specjalnie, abyś się nie "nudziła" za bardzo, kolejny post dzisiaj publikuję.

    Pozdrawiam Cię serdecznie i gorąco przede wszystkim jak przystoi na to miejsce!

    OdpowiedzUsuń