...Nie wiem jak Wy myślicie, ale moim zdaniem w portach lotniczych zawsze jest coś magicznego. W jednej chwili przekracza się granicę, gdzie za gate'ami czeka już na Ciebie samolot...drzwi zamykają się...aby za dłuższą, bądź krótszą chwilę otworzyć się z powrotem by wysadzić Cię w zupełnie innym świecie. Tym razem będę miał tak, aż trzy razy pod rząd, a właściwie jeszcze dwa - bo pisząc ten tekst siedzę właśnie gdzieś na posadce strefy transferowej należącej już do frankfurckiego portu lotniczego (miejsce niestety może nie do końca super atrakcyjne, ale nie jest też do końca przypadkowe - bo tylko tu znalazłem gniazdko do prądu. Netu darmowego ani śladu jeszcze, ale szukam). Cieszę się więc po pierwszym bardzo krótkim, zaledwie półtoragodzinnym etapie mojej podróży, jak dziecko. Ale po kolei...
Jest wciąż 27 grudnia 2010 r. i szczerze powiem, że przynajmniej jak dla mnie ten dzień o dziwo nie mógł rozpocząć się lepiej...!! Co prawda jeszcze do jakiejś 2-giej nad ranem pakowałem się i załatwiałem jakieś przedwylotowe sprawy z ostatniej chwili (co mi przyszły do głowy) jak np. napisanie mojej siostrze upoważnienie do odbierania za mnie poczty - niby nic, ale potem wiecej problemów niż zachodu, szczególnie że przed świętami widziałem analogiczny przykład na własne oczy. Kierunek wycieczki jest jasny, acz daleki: AUSTRALIA, a dokładniej Sydney (będzie więcej, ale to miasto na dobry początek i solidną sylwestrową aklimatyzację). Z rana była pobudka, na dobre gdzieś przed 6 a.m. - w sumie niby nic, ale wstać łatwo nie było mimo wszystko! Szybkie sprawdzenie czy walizki na pewno czekają na mnie i błyskawiczny kurs taksóweczką na lotnisko Okęcie. Zaraz potem momentalna odprawa bagażu - wszystko sprawnie, gładko i przyjemnie.
W tym miejscu warto zaznaczyć, że lot ma mieć trzy fazy WAW->FRA->PEK->SYD. Z tym, że aby kupić najtaniej jak się dało bilety, musiałem rozdzielić ten kurs na dwa etapy: powiedzmy ten europejski tj. z Warszawy do Frankfurtu i transkontynentalny z Frankfurtu do Sydney. Tym samym wchodząc dziś na lotnisko głównie zastanawiałem się nad tym, czy uda mi się zrobić taki myk - coby nadać główny bagaż od razu w Warszawie do samego Sydney, aby nie musieć za dwie godziny specjalnie wychodzić ze strefy transferowej po niego, tylko celem nadania go zaraz z powrotem dalej... Udało się! Plakietka kodowa, którą bardzo sympatyczna pani i to o dziwo ze stanowiska business klasy nakleiła na walizce, jest zbieżna z moim planem lotów. Szczerze to mam jednak wielkie wątpliwości, czy ten bagaż na pewno wyląduje ostatecznie razem ze mną na tej drugiej półkuli, biorąc pod uwagę wszelkie możliwe komplikacje ;-)
Ostateczne lądowanie w Sydney planowane jest na krótko po 7-ej rano w środę 29 grudnia (czasu lokalnego). Można pomyśleć, że lot zajmuje aż dwa pełne dni - jednak to trochę trzeba pokombinować, bo do czystego lotu to tu odchodzi fikcyjna 10 godzinna różnica czasowa i dosyć długie postoje w strefach transferowych na miedzylądowania (gdzie to przynajmniej w spokoju mogę trochę niniejszej treści poredagować).
Słowem wyjaśnienia pewnie niektórzy z Was znający mnie lepiej pospadają z krzeseł, kiedy zobaczą, że naprawdę coś autorsko i w miarę oficjalnie napisałem do tzw. "Sieci"... Niemniej Machemu muszę oddać tu rację, pomysł wydaje się dobry - jakie będzie wykonanie zobaczymy, materiał natomiast ma szansę być całkiem ciekawy - więc wymagał zastosowania nadzwyczajnych środków i to jest wytłumaczenie (...oficjalne ;-).
Więcej słów o samej podróży, planach, szansach, zagrożeniach itp. itd. postaram się wkrótce umieścić w zakładce "o mnie", którą to niedawno odkryłem jako kolejną funkcjonalność blogowego narzędzia. Wiecej na tej stronie także jutro - m. in. relacja prosto z serca Azji, jednocześnie stolicy Chin - Pekinu gdzie mam nadzieję spotkać oryginalnego "chinola". Sprzawdzimy, czy prawdziwy chińczyk serwuje tzw. "kulki" i jak to tam / albo raczej czy w ogóle smakuje :-)
Pierwszy post poszedł całkiem sprawnie! A przecież początki zawsze są najtrudniejsze. Pora zacząć testować fotogalerię - bo materiał wizualny też się zbiera (na razie w sobie), aby w pełnej okazałości ujrzeć światło dzienne niebawem.
testowy komentarz
OdpowiedzUsuńMaćku muszę Cię rozczarować, początki są łatwe, bo człowiek ma zapał do pisania, gorzej jest z utrzymaniem tego zapału. Zwłaszcza jak wkoło dzieje się tyle ciekawych rzeczy. :)
OdpowiedzUsuńZ racji, że zapał do pisania jest pozytywnie skorelowany z ilością komentarzy, postaram się jakieś od czasu do czasu tu wrzucać. :)
Chyba to może być szczera prawda, póki co jeszcze zapał jest - ale fakt komentarzy mało w stosunku do tresci ;P
OdpowiedzUsuńDotarłem za to dzięki temu komentarzowi posrednio do Twojego bloga Dehli - mysle ze w tzw. nadgodzinach go wkrótce przeczytam!
Dzięki i pozdrawiam!