Dokładnie tak jak podano na bilecie 7:40 AM w środę dnia 29 grudnia usłyszałem słowa ogłaszające, że samolot Air China lot CA 173 właśnie wylądował na lotnisku Kingsford Smith w Sydney. Na zewnątrz o poranku temperatura +20 stopni Celcjusza, słonecznie z przelotnymi chmurkami - bajka :) Jeszcze siedząc na pokładzie samolotu dało się w oddali zauważyć przez okienko idealnie zarysowaną panoramę tworzoną przez wysokościowce w ścisłym centrum miasta. Natomiast samo podejcie do lądowania, po zrobieniu łuku, następowało od południowej strony lotniska - dawało to mi siedzącemu po prawej stronie samolotu idealny widok na linie wybrzeża z plażami i ciągnącym się do prawej do lewej i aż po horyzont Pacyfikiem - wow!
Dla spostrzegawczych i uważnych Obserwatorów bloga teraz mogę zdradzić, że cztery lub pięć ostatnich zdjęć we wcześniejszej opublikowanej galerii, ujawniało kilka elementów bezpośredniej drogi do SYD - o której teraz słów kilka (w tym ogromnego dwupokładowego Airbusa A380 zaparkowanego już w Australii ;).
Samolot z Pekinu do Australii miał ruszyć o 17:00 i ruszył, tyle że stojąc potem przy pasie startowym przepuścił jeszcze przez 30 min z 10 samolotów podchodzących jeden za drugim do lądowania i wpuścił jeszcze jeden samolot, który zajechał z prawej i wbił się do startu pomiędzy dwie inne lądujące maszyny w międzyczasie - to się nazywa kulturalny kierowca! Airbus, którym leciałem w miejsce docelowe okazał się jednak być praktycznie nowiutki, łądny i bogato wyposażony. Każdy miał przed sobą ekran LCD z instalacją audio i specjalnym kontrolerem, który to pozwalał urozmaicić sobie drogę w praktycznie dowolny sposób od posłuchania muzyki, przez szerowki wybór filmów (w tym widoku z pokładowej kamery) po gry. Po szybkim sprawdzeniu możliwości centrum multimedialnego przyszedł jednak czas na sam start. Zaraz po odbiciu od ziemi w stronę północną samolot momentalnie wykonał zwrot przez prawe skrzydło i kontynuował wznoszenie już na południe. Taki kierunek w teorii powinien dawać idealny widok na Pekin o zmierzchu - jednak jedyne, co było widać tak naprawdę, to światła lotniska plus kilka oświetlonych dróg dojazdowych i czarną chmurę w oddali nad ziemią - pewnie smog skrywający miasto.
Zaraz po uzysakniu wysokości przelotowej rozdano pierwszy posiłek, a uśmiechnięta Pani Chinka do wyboru podała "sea food" albo "beef with rice" - odpowiedziałem oczywiście, że wezmę "beef with rice", na co usłyszałem w odpowiedzie - że jest już tylko "sea food" - doprawdy rozkoszna konwersacja. Wziąłem więc to co było, na przepitkę wybrałem lampkę winka i przystąpiłem do oglądania multikina: wybrałem coś w konwencji podróży czyli: po piwerwsze przygodowego ("Prince od Persia: Sands of Time"), oczywiście jadowitego i niebezpiecznego ("The Twilight Saga: Eclipse" ;-) no i bajkowego ("Toy Story") kiedy już totalnie odpadłem w najlepszy sen. Obudziłem się około 5 am lokalnego czasu, który jest o kolejne 3h bardziej "posunięty" niż ten pekiński - to daje ostateczną różnicę czasową 10h na plus między Warszawą a Sydney. Lot tam był najdłuższym w moim życiu bo trwał przeszło 11h. Z rana podano jeszcze "chicken with noodles" na wczesne śniadanie.
Na lotnisku czekała na mnie gigantyczna kolejka do odprawy granicznej. Ponad poł godziny stania do odprawy i pozwolenia na wejście na terytorium Australii. Pani w kostiumie, a właściwie mundurze kontroli celnej sprawdziła dane z paszportu w komputerze - tutaj okazało się że wyrobiona 11 września elektronicznie wiza zgodnie z regulaminem jest ważna i nie zginęła w systemi, przez co droga po odbiór bagażu stała przede mną otworem. Nastała chwila prawdy: przyleciał ładunek ze mną czy nie? Czekam... czekam... czekam... odeszło już 3/4 ludzi z mojego lotu i minęło kolejne 30 min. Ostatecznie JEST! - fantastycznie, to umożliwia mi podejście do DRUGIEJ kontroli celnej, która weryfikuje, czy komuś nie przyszło do głowy wwieźć czasem jeden z miliona niedozwolonych artykułów. Lista rejestrowa rozdawana jest na pokładzie każdego samolotu przylatującego do Australii, tam każdy obowiązkowo wypełnia ankietę w której deklaruje, czy nie przywozi ze sobą: broni, pornografi, dugów (a może tu o lekarstwa chodziło...) zwierząt, alkoholu pieniędzy w ogromnej ilości, drewna, ziemi, nasion itp. itd. Zaznaczyłem "X" przy pozycji drewno na wszelki wypadek, bo przywoziłem moim znajomym kilka malunków w drewnianych oprawach z Polski - zapomniałem zaznaczyć leków (a miełem jakieś trzy standardowe na wszelki wypadek). Ale, ale podszedłem do celnika ostatecznie, który odebrał ode mnie karteczkę - od razu zapytał co to za iksa zaznaczyłem, wytłumaczyłem, za co zostałem pochwalony, że tak roztropnie podszedłem do tematu ;) ...więc idąc za ciosem postanowiłem przyznać się też, że zapomniałem być może przostawić znaczka przy lekach, ale to i tak już nic nie zmieniało bo zostałem poinstruowany - aby położyć bagaż na skanerze. Kontroler maszyny przepuścił ładunek na drugą stronę, rzucił jeszcze ostatecznie zadowolony z siebie tekst, że naprawdę nie przywiozłem polskiej kiełbasy i powiedział, że jestem "free to go!". Ucieszyło mnie to bardzo, bo widziałem w około po każdej stronie z 80% ludzi rozpakowyjących się i przebierających swoje manatki na ogromnych stołach - i już miałem przed oczami ten dramat kiedy otworzyłbym walizke, a z niej wyskoczyłoby 3 razy tyle rzeczy co się zmieściło plus cały namiot! :-D
Na wyjściu z lotniska (około godziny 10-tej) czekali już na mnie mój znajomy Waldemar z żoną Anną, którą właśnie poznałem. Dzięki ich gościnie miałem się dzie zatrzymać przez pierwszy miesiąc mojego pobytu w Australii. Z lotniska udaliśmy się drogą ekspresową do dzielnicy / miasta Liverpool w obrębie Sydney Area. Tam umieszczono mnie w super przytulnym pokoiku i ugoszczono wszystkim o czym tylko mógłbym zamarzyć - to się naprawdę nazywa polska gościna! Szczególnie miło, że spotyka się takie rzeczy na końcu świata.
Tego dnia byłem już dosyć zmęczony i odczuwałem lekkie różnice czasowe mimo, że akurat główne loty wypadały nocą - kiedy przez część czasu spałem w samolotach. Pozwoliło zminimalizować tp odczucie pogłębiającej się różnicy stref. Rozpakowałem się tego dnia jeszcze, ogarnąłem w cywilizowanych warunkach po dwóch dniach podróży i ostatecznie zlokalizowałem moje położenie w odniesieniu do centrum Sydney, a także przeszedłem się po bliskiej okolicy, gdzie zakupiłem pre-paidową kartę SIM. Tym samym mój tutejszy numer to 0449 633 814 - zachęcam do korzystania! ;)
Plan na przedostatni dzień roku jest prosty: pojechać w okolice zatoki i zrobić rekonesans po okolicy - głównie, aby zlokalizować najlepszą miejscówkę pod kątem Sylwestra pod chmurką. Dodatkowo zwiedzić okolice Bondi Beach. Wkrótce mam nadzieję wylegiwać się tam na słynnej plaży, gdzie jest surfing na całego - a wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że również "nudity is allowed"... Nie pozostaje nic innego jak się porządnie wyspać przed 30 grudnia!
Gary!
OdpowiedzUsuńNa pocieszenie udręki kolejkowej - powiem Ci tylko że zapakowanie B747-400 na murzyńskim lotnisku w Dakarze zajmuje łącznie dokładnie 5h, które spędza się w kolejce w tłumie na zatęchłym terminalu bez klimy:) Jak Ci jeszcze kiedyś będzie źle wyobraź sobie taką odprawę, to może ulży:)
To fakt Karwas, już sobie wyobrażam zapach tego topiącego się w słońcu asfaltu ;-)
OdpowiedzUsuń