Lotnisko w Pekinie jest kompletnie nowym budynkiem. W stanie takim jak je zastałem, było oddane na czas niedawnej olimpiady i znajduje się raczej na samych peryferiach Pekinu. Składa się z dwóch symetrycznych budynków każdy w kształcie litery "Y", które łączy kolejka. Każda część jest podzielona na poziom górny-przyloty i dolny-odloty, przy czym północna budowla odpowiada za ruch międzynarodowy, a południowa za wewnątrzkrajowy... I tak właśnie jak proste i przemyślane jest to rozwiązanie, to dokładnie takimi samymi przymiotnikami możnaby opisać całe Chiny, które przez ten krótki czas widziałem. A zaczęło się to pół dnia temu temu...
Lot mój do Pekinu, rozpoczął się po wieczór (start o 19:20) 27 grudnia, po około 7 godzinach oczekiwania we Frankfurcie. Przede wszystkim byłem w tym punkcie już bardzo ciekaw jak to zaprezentuje się azjatycki przewoźnik "Air China", który to wygrał przetarg na świadczenie dalszej usługi przewozowej dla mnie ;) Po kolei pod bramką odlotową zbierała się coraz to liczniejsza załoga, która osiągnęła ostatecznie imponującą liczbę 11-12 osób. Wszystko to dało się jednak wytłumaczyć kiedy popatrzyło się za szybę terminala (i nie myślę tu o tym, że czekał tam jeszcze z miliard innych chętnych do pracy Chińczyków :) ale gdzie stał już przycumowany jednocześnie do dwóch rękawów ogromny Boening 747-400 tj. popularny JumboJet w kolejnej reinkarnacji wszytko zgodnie z wierzeniami wschodu. Nie powiem, że pragnąłem koniecznie lotu tą właśnie maszyną - po pierwsze, że to jedna z najstarszych konstrukcji latających po niebie, a po drugie z tego co wcześniej słyszałem nie jest też jakoś super komfortowy - co po chwili zastanowienia idealnie łączy się z pierwszym argumentem. Do samolotu prowadził osobny rękaw dla VIP (przednia część i małe pięterko samolotu) i drugi identyczny do reszty samolotu przeznaczony dla tzw. plebsu. Na wejściu Pani Chinka kieruje jeszcze do właściwego korytarza, bo jest tam do literki L rzędów siedzeń i wskazuje mi miejsce 42L po prawej stronie samolotu, znów przy oknie!
Chwilka na płycie lotniska minęła dosyć sprawnie, okazało się że miejsca obok mnie w ogóle nie zostały zajęte (jak się potem okazało pasażerownie nie pojawili się przed odlotem). Niemniej przygotowując się na długi lot szukam czym prędzej jakiegoś ekranu i kontrolera żeby sobie czas umilić - i ku mojemu rozczarowaniu szybko stwierdzam brak na stanie takich komponentów środków trwałych. Cóż lot i tak głównie odbywać się miał nocą więc jakoś przeżyjemy. Znalazłem słuchawki i 14 kanałów analogowej muzyki, której kabelki chyba były w tym samym obiegu co reszta instalacji elektrycznej samolotu, bo więcej w nich było szumów niż nut.
Lot do Pekinu to ponad 8 tys. km co zajmuje około 9h przy standardowej prędkości przelotowej. Różnica czasu między większością znanej nam części Europy a tym miastem to 7h na plus dla wschodu. Tym samym szczęśliwe lądowanie w Pekinie po mocno przespanej z nudów podróży odbyło się około południa dnia 28 grudnia. Pierwszym, co uderzyło mnie jeszcze przed lądowaniem to widok portu docelowego z lotu ptaka - słowem bardzo ładny i rzucający się od razu w oczy na tle rudawo-szarej, monotonnej okolicy. Po wyjściu z samolotu momentalnie czuć jakiś przyjemny i jednocześnie subtelny zapach, jakby kwiatów, co w kompzycji z bardzo ciekawą konstrukcją wnętrza portu sprawia wyjątkowo pozytywne wrażenie. Na terenie lotniska praktycznie kompletnie nie ma reklam, bilboardów czy tego typu komercyjnego wystroju (co w sumie można zrozumieć) - już samo to sprawia, że idealnie dostrzega się wszystkie niuanse konstrukcji i kompozycji architektoniczej - super!!
Idąc za tłumem i zgodnie ze znakami dla ruchu transferowego liczyłem, że przejdę po prostu na niższy poziom odlotów, gdzie sprawdzę mój numer kolejnego wyjścia i spokojnie poczekam - ale nic z tych rzeczy. Po drodze, aż dwie kontrole paszportowo-osobiste mnie spotkały, mimo że nie miałem zamiaru przekraczać strefy bezpaństwowej lotniska. Przy jednej z nich musiałem się solidnie rozebrać i rozpakować z osobistego bagażu w drugiej zostałem obfotografowany z kamer i wbito mi kilka pieczątek do paszportu i na bilet wystawiony jeszcze we Frnkfurcie na dalszą drogę do Sydney rónież. To w sumie też pokazuje jak solidnie de facto każdy tam w tych Chinach jednak przykładał się do pracy (co trochę przeczy pokutującej u nas opinii o chińskiej produkcji - ale tutaj od razu pomyślałem, że przecież w końcu i iPhone'a gdzieś się robi :-)
Na lotnisku miałem czas do 17-tej, a więc 5h do początku ostatniej części podróży i dwa strategiczne cele - znaleźć "chinola" i sprawdzić czy jest WiFi. Pierwsze poszło łatwo, drugie miało szansę pójść jeszcze łatwiej.... ale ale ale ;) Mapa na wejściu na poziom odlotów po ostatniej kontroli od razu pokazywała lokalizację jadłodajni chińskiej, a znaki jeszcze wcześniej wskazywały że WiFi jest wszędzie - bajka! Jako, że byłem już bardzo głodny i jeszcze bardziej ciekawy skierowałem się w pierwszej kolejności jednak do punku żywieniowego, na wejściu szybkie pytanie o możliwość płatności kartą, odpowiedź jak to zwykle tym śmiesznym angielskim pozytywna i już stałem w kolejce wypatrując "kulek" :) Kulki zostały zlokalizowane niezwlocznie, świeżutko podane przez Panią w idealnie laboratoryjnych warunkach, która nie dość, że nakładała to w rękawiczkach to jeszcze nosiła maskę jak chirurdzy w szpitalu - wspaniałe standardy, ciekawe czy tak samo profesjonalnie polowali na pierwotny nieprzetworzony produkt?! Jednak tu pojawia się pierwsze "ale", kuleczki były jak to mówiło tłumaczenie "mięsne", nie było wogóle kurczaka, a już o panierce kokosowej można było zapomnieć. Aby dotrzymać tradycji skomponowałem dwie takie sztuki z ryżem i dobrałem piwo (!) którego butelka opisana w krzaczkach nie mówiła mi nic więcej poza tym, co to jest właśnie. Pełen nadziei na niepowtarzalne doznania kulinarne przystąpiłem do posiłku - i lipa - jakby takie bez smaku wszystko było. Po prostu różne produkty o różnej konsystencji, które są jadalne i tyle... trochę słabiutko i gdzie tu porównywać do takie takiej klasycznej pozycji jak zupa pekińsko-pikantna z "Zestawu Maciusia" :-/
Niezrażony tym odpaliłem kompa aby zredagować ten tekst i zablogować w końcu (szczególnie że już miałem jeden dzień update'u w plecy) znalazłem WiFi połączyłem się i... klops. Niby darmowe, a tu jakaś strona logowania?!?! No nic, pochodziłem po terenie, poczytałem ulotki i jest darmowe - ale trzeba się zarejestrować. Jeśli się nie ma telefonu z chińskim numerem to nie można tego zrobić SMS'em ale trzeba sie udać do "Businness Longue". To miejsce też znalazłem szybko i otrzymałem tam karteczkę z numerkami i kodami, po tym jak kolejny raz spisano mnie z paszportu... Wspaniale, "Net" zaskoczył, ale o blogu było można pomarzyć (po to przecież strona skoligacona z Google), Facebook też ani rusz - bo to przecież potencjalne "okno na świat". Słowem wszystkie, co bardziej oczywiste stronki, poblokowane na szczeblu państwowym - nie ma rady, kończę pisać kolejny tekst off-line siedząc przy gate'cie nr E13 gdzie cały czas czeka już na mnie zaparkowany za oknem Airbus A320-200 do samego Sydney!
Kangaruuuu....ja nie wiedzialam ze z Ciebie taki pisarz! Juz jestem wierna czytelniczka bloga :) pozdrowka i czekam na wiesci z drugiej polkuli :) AO
OdpowiedzUsuńPisz, pisz Garuś bo się dobrze czyta a może później jakąś książkę napiszesz na podstawie tego :)
OdpowiedzUsuńMaciej, jak chargować czas spędzony na czytaniu tych długich postów?? ;-) NC00.....?
OdpowiedzUsuńMC
Ja osobiscie dalbym to na NC0080 tak aby udokumentowac ze czlowiek sie czegos dowiedzial nowego, tak jak w szkoleniu ;)
OdpowiedzUsuń